Tarnowska historia „cudownego autobusu”

0
berliet
Kierowca Wiesław Barabasz znaczną część swojego zawodowego życia spędził w jelczu berliecie, „cudownym autobusie” lat 70
REKLAMA

Tym bardziej że czternaście lat temu miejscowe berliety, odremontowane i wyposażone w instalacje CNG, otrzymały drugie życie. Ale ile można ciągle być w pracy? Wreszcie nadszedł oczekiwany czas rozstania z berlietem. Odchodzi on dokładnie w czterdziestolecie swego przybycia do Tarnowa.
Wiesław Barabasz, długoletni kierowca MPK w Tarnowie, wiele lat spędził za kierownicą berlieta. Pamięta dobrze, gdy w 1978 roku w tarnowskiej zajezdni pojawiły się trzy pierwsze takie autobusy. Miało się wrażenie, że od dotychczasowych jelczy i sanów różnią się wszystkim. I niewiele przesady było w tej obserwacji.
Nowiutkie jelcze to owoc epoki licencyjnej z lat siedemdziesiątych, którą zapoczątkował w PRL Edward Gierek. W tym przypadku licencja została zakupiona od francuskiej firmy Berliet. Autobusy o wyglądzie kanciastych pudeł robiły wrażenie, choć dość prędko przyszło się przekonać, że w polskich warunkach nie sprawdzą się najlepiej. – W mroźne dni zawodziła przede wszystkim pneumatyka. Nie otwierały się drzwi. Łatwo pękały węże, to nie był autobus na nasz klimat. Co ja się pod nim z tego powodu nie wyleżałem, żeby naprawić to, co nawaliło. Często też gniły kratownice – opowiada pan Wiesław, który w MPK pracuje od 46 lat, kierowcą jest od 1983 roku, dziś w firmie emeryt na pół etatu.

Długaśny „ogórek”
Wiesław Barabasz godzinami mógłby opowiadać o autobusach, z którymi w ciągu zawodowego życia miał do czynienia. Kiedy zaczynał – wówczas jako pracownik warsztatu pogotowia technicznego – trwała epoka jelcza i sana. Tego jelcza – 272 MEX – którego ze względu na jego kształty nazywano „ogórkiem”. To była czechosłowacka konstrukcja Skody z lat pięćdziesiątych. – Wytrzymywał wszystko, a jeśli nie wytrzymywał, trzeba było tylko połatać połamane resory w naszej kuźni. Mieliśmy tu kiedyś taki zakład. Pamiętajmy, że wtedy autobusami miejskimi woziło się dużo więcej ludzi, często były one przeciążone ponad wszelką miarę. Mieliśmy nawet jelcza przegubowca, złożonego z dwóch połączonych ze sobą części jezdnych, to był pojazd bardzo długi, trudno było wyrobić się na ciasnych zakrętach. Wyspecjalizowałem się w cofaniu tym przegubowcem na kanał w warsztacie.
Czasem do zwykłych jelczy dołączało się jeszcze przyczepkę autobusową – był to tzw. kurs na robotnika. Do wielkich zakładów w Tarnowie – Azotów, Ponaru czy Tamelu – dojeżdżały tysiące ludzie z okolic. Nie mieli wtedy swoich samochodów.
Berliet okazał się pojazdem dużo delikatniejszym. To była już inna technika.

REKLAMA (3)

Sto pięćdziesiąt napraw
Wiesław Barabasz: Przeżywaliśmy mały szok: w nowych autobusach były półautomatyczna skrzynia biegów, komora silnikowa z tyłu, duże otwierane okna, które wówczas działały jak klimatyzacja lux. W późniejszym czasie Jelcz zamienił tę skrzynię – automat na tradycyjną, by się tak nie psuła.
W latach osiemdziesiątych berliet zdominował komunikację miejską w Tarnowie. W następnej dekadzie także panował na ulicach, gdyż ciągle miasto przeznaczało zbyt mało pieniędzy na zakup nowocześniejszych pojazdów. W 2004 roku część berlietów otrzymała nowe życie. Zamontowano w nich instalacje CNG, dzięki czemu mogły jeździć na sprężonym gazie ziemnym. Robiły w tym czasie medialną karierę ogólnopolską, gdyż komunikacja publiczna CNG w tamtym czasie była w kraju unikatem. W prasie zachwycano się transportem ekologicznym w Tarnowie. – Niestety, berliety na gaz były zawodne. Rekordzista pod względem liczby awarii zaliczył w ciągu roku 150 mniejszych lub większych napraw – mówi Jerzy Wiatr, prezes zarządu MPK w Tarnowie.
Kiedy w Polsce berliet na ulicy stawał się już rzadkością, w Tarnowie wciąż dzielnie trwał na służbie. Dopiero wielki kontrakt MPK z poprzedniego roku na zakup 40 nowych fabrycznie autobusów (jednym z nich jeździ dziś Wiesław Barabasz), dofinansowany przez program unijny, pozwolił rozstać się z berlietem ostatecznie.
Pasażerowie już mieli go dość: wolno pokonywał nawet skromne wzniesienia, był głośny, mało wygodny, a przede wszystkim nie miał klimatyzacji i niskiej podłogi.

REKLAMA (2)

Podróż… w „piekarniku”
– Z tych starych pojazdów najlepiej wspominam volvo – dodaje Wiesław Barabasz. – W latach dziewięćdziesiątych miasto kupiło w Szwecji kilka 10‑letnich egzemplarzy. Tym, który miał u nas numer 232, kierowałem 13 lat. Ludzie nazywali je „piekarnikami”, bo sprowadzone zostały bez czynnej klimatyzacji, poza tym nie miały otwieranych okien. Ale były bardzo wytrzymałe, na oryginalnym silniku i skrzyni biegów niektóre dociągnęły w Tarnowie do prawie 2 milionów kilometrów!
Jeden z berlietów, rocznik 1988, w tarnowskim MPK uzyskał przebieg 1,5 mln km, ale po drodze miał trzy zasadnicze remonty. Trafił już do kasacji, podobny los czeka pozostałe kilka jelczy PR110M. We wrześniu MPK chce oficjalnie pożegnać starą epokę w miejskiej komunikacji, a głównym bohaterem szykującej się imprezy będzie berliet wyprodukowany w 1993 roku. W rozmowie z prezesem Wiatrem zaproponowaliśmy, by spółka ostatniego egzemplarza nie kierowała do kasacji, ale pozostawiła go na pamiątkę jako dość interesujący zabytek motoryzacji. Prezes MPK przychylił się do naszej propozycji.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze