Mówił o tym sam Wałęsa, widzieliśmy to w filmie Wajdy, pisano o tym w różnych publikacjach. Czy można go nazwać agentem bezpieki? Z tego, co wiem, jednak nie. Mniej więcej w połowie lat 70., gdzieś po wydarzeniach z Radomia, Wałęsa urwał się bezpiece albo inaczej mówiąc – bezpieka dała mu spokój, bo po pierwsze jego współpraca nic im nie dawała, a po drugie w tamtych latach Wałęsa był nikim, był anonimowym robotnikiem w Stoczni Gdańskiej i gdyby esbekom ktoś wtedy powiedział, że za kilka lat zostanie on laureatem pokojowej nagrody Nobla, a później prezydentem w wolnej Rzeczpospolitej, to umarliby ze śmiechu. Nie ma moim zdaniem, a piszę to przed upublicznieniem tego, co było w szafie Kiszczaka, żadnych dowodów na jego agenturalność w latach późniejszych. Co więcej, wiele z tego, co zdarzyło się później, wskazuje na to, że dla ówczesnej służby bezpieczeństwa Wałęsa był problemem.
W 1982 fabrykowano dokumenty i podrzucano je do ambasady Norwegii, by nie dopuścić do przyznania Wałęsie nagrody Nobla, i rzeczywiście opóźniono ją o rok. Swoją drogą ciekawe, po co fabrykowano dokumenty, skoro Kiszczak miał to, co dziś wypada z szafy. Ktoś powie, że w 1982 roku służby wiedziały, że ZSRR się wywróci i stanie się to, co stało się z naszą częścią świata, ale taki ktoś niech się popuka w głowę i zamknie w jakimś ustronnym miejscu. Gdy Wałęsa siedział w Arłamowie, stawano na głowie, by go złamać i postawić na czele marionetkowej „Solidarności” – nie udało się. Za to dziś marionetkowość Wałęsie zarzuca jakiś pan Waszczykowski, o którego działalności w tamtych latach nie zachował się – i słusznie, a może wręcz przeciwnie – żaden dokument.
Jakiekolwiek były w przeszłości losy Lecha Wałęsy, to musimy sobie zdać sprawę z tego, że Wałęsa odszedł z polityki po przegranych wyborach w 1995 roku. Potem Wałęsa był już tylko komentatorem, którego nie było po co szantażować. To, co w Polsce stało się po 1989 roku, działo się nie za sprawą jakichś ubeków, którzy pociągali za sznurki, ale było efektem naszych działań. Wszystko to, co było dobrego, i to, co było złem, to nasza sprawa. I nie dajmy się robić w „Bolka”. Nie dajmy sobie wmówić, że służby PRL urządziły to wszystko w zamian za uwłaszczenie się i bezpieczeństwo ówczesnego aparatu władzy. Gdyby tak było, to wdowa po Kiszczaku nie szukałaby dzisiaj 90 tysięcy złotych, tylko popijałaby drinka na jakiejś wyspie na Karaibach.
Inna sprawa, że jest jeszcze mnóstwo pytań, na które chciałbym poznać odpowiedzi. Na przykład, jak to się stało, że generał Kiszczak przez tyle lat miał jakąś szafę wypełnioną dokumentami i przez wszystkie te lata, w czasie gdy Kiszczak przed sądem odpowiadał za otwarcie ognia do górników w kopalni „Wujek”, nikt nie zrobił mu w domu rewizji? Dlaczego Kiszczak w 1996 roku w końcu nie wysłał do państwowych archiwów paczki z dokumentami, chociaż już ją spakował i zaadresował? Czy paczkę zrobił, by bronić Oleksego w aferze z Ałganowem, a nie wysłał, bo sprawa przyschła? Ciekawe jest też, co było w innych dokumentach, które IPN przejęło od Marii Kiszczak. Jakoś dziwnie cicho jest wokół tego, a nie chce mi się wierzyć, by Kiszczak chował w szafie jakieś papiery na Bieruta, Gomułkę i Cyrankiewicza albo na anonimowych Nowaków i Kowalskich. Raczej są to papiery dotyczące osób aktywnych na scenie politycznej dzisiaj. I jestem za ujawnieniem tego wszystkiego w cywilizowany sposób, to znaczy powoli, z komentarzem fachowców, z opiniami grafologów, słowem poważnie i uczciwie.
Gdy patrzę na to, co dzieje się dziś, mam wątpliwości, czy to jest możliwe. Ale też rozglądam się w koło i widzę ludzi, którzy niezależnie od tego, co dzieje się w Warszawie i w IPN, robią swoje, bo mają jedno życie. Własne życie.
Robieni w „Bolka”
REKLAMA
REKLAMA




















