Igrzyska

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

A kiedyś chyba było inaczej. Pamiętam Igrzyska w Meksyku w 1968 roku, podobne do tych dzisiejszych ze względu na różnicę czasu. Miałem 13 lat, ale zarywałem noce, by zobaczyć herosów sportu bijących kolejne rekordy. A było na co popatrzeć, bo to wtedy właśnie Bob Beamon skoczył w dal 8 metrów 90 centymetrów, co już wówczas nazwano skokiem w XXI wiek, i chociaż 23 lata później Mike Powell skoczył 5 centymetrów dalej, to Beamon nadal jest rekordzistą Igrzysk i ma drugi wynik w historii światowej lekkiej atletyki. To także wtedy młody Amerykanin Dick Fosbury zdobył złoty medal w skoku wzwyż, przeskakując nad poprzeczką plecami do niej. Wówczas technika ta wszystkich obserwatorów bardzo śmieszyła, dziś skaczą tak wszyscy. Mam w oczach Andrzeja Badeńskiego, mdlejącego na mecie sztafety 4×400 metrów i mnóstwo innych emocji także z innych aren tamtych igrzysk. A program telewizyjny był wówczas jeden i to czarnobiały.
Dzisiaj TVP pokazuje igrzyska w trzech kanałach (czasem równocześnie) i w pełnej gamie w sieci, ale ogarnąć się tego jakoś nie da. Być może winna jest nasza telewizja, która nadaje wszystko jak leci i nie próbuje nawet tego jakoś usystematyzować. Jeżeli grają nasi siatkarze, to telewizja zapomina poinformować, że grają też nie nasi i że z tymi, którzy są nie nasi, za chwilę ci nasi też będą grać. Przekazy telewizyjne z Rio to jeden wielki chaos, z którego wyłaniają się na chwilę jakieś postaci, na przykład amerykańskiego pływaka, który w trakcie kilku igrzysk zdobył 23 złote medale. (Dla porządku dodam, że Polska w całej swojej olimpijskiej historii zdobyła takich medali 65). Albo jamajskiego biegacza, który ma zdolność robienia show wszędzie, gdzie się pojawia, a przy okazji biega najszybciej na świecie. W przekazach przebija się czasem ktoś, kto w jakiś sposób inaczej wygląda, w tym roku jest to pływak z jakiegoś egzotycznego kraju, który odznacza się wyraźną nadwagą i oczywiście przypływa ostatni, albo grupa rugbistów z Fidżi, która bardzo wysoko pokonała dumną Wielką Brytanię. Nadal jednak jest to chaos i tylko chaos.
Nic więc dziwnego, że pojawiają się głosy o potrzebie zmniejszenia liczby dyscyplin i konkurencji. Ale jest to bardzo trudne. Niby dlaczego na przykład specjalista w pływaniu na dystansie 200 metrów ma być pozbawiony szansy na medal, a ktoś, kto tym samym stylem pływa dobrze 100 metrów, ma taką szansę mieć. Na tak postawione pytanie pewnie nie ma dobrej odpowiedzi, a jeszcze trudniej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dyscyplina najbardziej popularna w jednym z największych krajów świata w ogóle nie jest obecna na igrzyskach. A tak właśnie jest z krykietem, który w Indiach budzi takie same emocje jak piłka nożna w naszym kręgu kulturowym.
Jeżeli jednak spojrzeć na Igrzyska Olimpijskie z jakiegoś dystansu, to ich problem leży daleko głębiej i jest o wiele bardziej fundamentalny. Baron Pierre de Coubertin, który doprowadził do reaktywowania idei olimpizmu, był przekonany, że igrzyska będą emanacją tego wszystkiego co w rywalizacji sportowej jest najbardziej szlachetne. Według niego raz na 4 lata na arenach sportowych spotykać się będą ludzie po to, by rywalizować w warunkach czystych i transparentnych. Na tych arenach miało nie być miejsca dla zawodowych atletów i cyrkowych siłaczy. Były to założenia piękne, ale i naiwne. De Coubertin formułował je w czasie dynamicznego rozwoju świata i nauki, a jeszcze przed piekłem I wojny światowej. Dzisiaj areny igrzysk wypełnione są zawodowcami pełną gębą, a jedynym amatorem jest być może egzotyczny pływak z nadwagą. Być może jest on też jedynym, który się nie dopinguje. Czy to się da zmienić? Oczywiście, że się da. Czy to się zmieni? Oczywiście, że nie, bo nikt takiej zmiany nie chce. Widowisko ma trwać.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze