To dużo, ale już teraz został pobity ubiegłoroczny rekord. Trzy osoby, ofiary wypadków, nie żyją i nic na razie nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie sytuacja się poprawi.
Niedawno na odcinku A4, na wysokości Tarnowa, kierowca busa najechał na tył samochodu osobowego. Dwóch nieletnich pasażerów drugiego pojazdu trafiło do szpitala. Kilka dni później w pobliżu Brzeska zderzyły się dwa samochody – osobowy z dostawczym.
Tego typu komunikaty z autostrady A4, odcinka między Krakowem i Tarnowem, nadchodzą prawie codziennie, czasem po kilka razy w ciągu dnia. Liczba zdarzeń rośnie tam lawinowo. Tylko w ciągu trzech kwartałów tego roku na 60-kilometrowym fragmencie od Bochni po Jawornik k. Dębicy doszło już do 162 kolizji i wypadków. W porównaniu z ub. rokiem to znaczny wzrost. Na szczęście zdecydowanie przeważają kolizje bez ofiar w ludziach. Zwykle jazda kończy się na metalowych barierkach oddzielających pasy ruchu. Ale wskutek wypadków trzy osoby już nie żyją, a 13 zostało rannych.
– Problem polega na tym, że jeszcze niedawno w Polsce autostrada była czymś rzadkim i wielu z nas nie miało okazji nauczyć się po niej jeździć. Ta nauka trwa nadal, ale czasem drogo kosztuje, choć mogłoby być inaczej – mówi podinsp. Zofia Kukla, zastępczyni naczelnika Wydziału Ruchu Drogowego Komend Miejskiej Policji w Tarnowie.
Zwraca ona uwagę na fakt, że powinna obowiązywać inna technika jazdy na autostradzie niż na drogach lokalnych przede wszystkim ze względu na duże prędkości, zwykle znacznie powyżej 100 km na godz.
– Droga szybkiego ruchu ma swoją specyfikę. Jeśli ktoś dotychczas poruszał się tylko po lokalnych odcinkach, musi przyjąć, że na autostradzie wszystko dzieje się szybciej. Inna jest dynamika ruchu, trzeba być bardziej przewidującym, utrzymywać właściwą odległość między pojazdami, trafnie wyczuwać tempo zmiany pasa, częściej obserwować drogę za kierowanym przez siebie pojazdem. No i, tak jak wszędzie, umieć dostosować prędkość do warunków jazdy. Kiedy pada deszcz, jest nie tylko ślisko, gdyż pędzące samochody zamieniają autostradę w wielką kurtynę wodną, w której widoczność jest znacznie ograniczona.
W tym roku kierowca samochodu osobowego źle ocenił prędkość poprzedzającej go tira, uderzył w jego tył, odbił się od ciężarówki i wypadł z trasy. W wyniku wypadku poniósł śmierć na miejscu.
– Nigdy nie można zapominać, że przy dużych prędkościach nawet drobny błąd kierowcy może okazać się tragiczny w skutkach – podkreśla zastępczyni naczelnika WRD.
Kierowcy na ogół pewnie czują się na autostradzie, gdy chodzi o policyjne kontrole. Wiedzą, że nie czyha tu na nich ani fotoradar, ani ręczny radar policyjny. Dlatego nie do rzadkości należą samochody, które jadą ok. 200 km na godz., mimo że dozwolona prędkość to maksymalnie 140.
– Niech żaden kierowca nie myśli, że na autostradzie jest dla nas niewidoczny i że każde wykroczenie ujdzie mu na sucho. Wprawdzie nie stoimy na poboczu jezdni z radarem, ale mamy w swoich samochodach wideorejestratory. Kiedy zachodzi konieczność, zatrzymujemy kierowców także wzdłuż autostrady, wykorzystując do tego pasy awaryjne. Ze względów bezpieczeństwa kierowani są oni na wyznaczone parkingi czy najbliżej znajdujące się MOP-y i tam poddawani kontroli.
Jak wykazuje statystyka, na A4 najbardziej obawiać należy się deszczowych dni. Mimo złej pogody zwalniają tylko nieliczni kierowcy i bywa, że w ciągu kilku godzin w okolicach Tarnowa dochodzi do 2-3 kolizji lub wypadków. Kilka miesięcy temu jeden z kierowców pojechał autostradą koło Tarnowa „pod prąd”, ale szczęśliwie nie doszło do tragedii.
Kto się stuka na autostradzie?
REKLAMA
REKLAMA
























