Niepewność

0
Marek Zuber
REKLAMA

Kwestią załamania inwestycji, do którego doszło przede wszystkim w roku 2016, zajmowałem się wielokrotnie, bo jest to bardzo ważny element naszego życia gospodarczego. Bez inwestycji nie jesteśmy w stanie rozwijać się w sensownym tempie w średnim i długim okresie. Tymczasem to, co się wydarzyło dwa lata temu, można określić mianem katastrofy. Nie chcę przytaczać po raz kolejny pakietu danych, ograniczę się tylko do tego, że udział inwestycji w PKB w 2016 roku spadł do poziomu 18,1%, a za poziom przyzwoity w naszych warunkach trzeba uznać przynajmniej 22-23%. Tak dla przykładu: Korea Południowa ma 27%, a nasi południowi sąsiedzi, czyli Czechy i Słowacja powyżej 23%. I u nas poziomy powyżej 20% były standardem.
Owszem, pomimo problemów z inwestycjami rozwijamy się szybko. Tyle tylko, że nie ma szans na utrzymanie takiego poziomu dłużej, jeśli firmy nie będą inwestować. 2017 rok przyniósł odbicie, ale po załamaniu z poprzedniego roku i relatywnie dobrych wynikach głównie konsumpcji nie tylko nie poprawiło to wskaźnika udziału inwestycji w PKB, ale wręcz spadł on do 18%. I, niestety, ten rok wygląda tylko nieco lepiej. Owszem, inwestycje rosną, w przypadku większych firm nawet o 8% w ujęciu rocznym w drugim kwartale, ale to tylko nieznacznie poprawi wspomniany przeze mnie wskaźnik. Wciąż jest pod tym względem słabo. Owszem, mamy boom w produkcji budowlano – montażowej, ale to głównie efekt środków unijnych i zbliżających się wyborów samorządowych. W dużej mierze za przyspieszenie tego typu inwestycji odpowiadają bowiem właśnie samorządy.
Czemu z inwestycjami mamy kłopot? Z dwóch powodów. Jeśli ktoś nie wierzy, wystarczy się po prostu zapytać przedsiębiorców. Po pierwsze, z powodu problemów z ludźmi do pracy, a po drugie – z powodu destabilizacji, czyli wzrostu nieprzewidywalności otoczenia gospodarczego. Przy czym niekoniecznie punkt pierwszy jest ważniejszy.
Jeśli chodzi o braki ludzi do pracy, to oczywiście rząd nie ponosi za to głównej odpowiedzialności. Ale coś mógł zrobić, choćby w kwestii ułatwienia legalnego pobytu i legalnej pracy osób zza granicy. Już w 2015, a mocno w 2016 roku zwracaliśmy na to uwagę, ale sprawa była bagatelizowana przez decydentów. Dopiero teraz coś w tej mierze zaczyna się dziać. Jeśli chodzi natomiast o destabilizację otoczenia gospodarczego, to tu wina rządu jest bezsprzeczna. Oczywiście zamieszanie na świecie, wzrost niepewności co do perspektyw gospodarczych także obserwujemy. Polityka Trumpa, sytuacja w Turcji, trwająca już dziewięć lat hossa w USA i pytanie, ile jeszcze ona potrwa, oraz parę innych czynników i wydarzeń może wzbudzać obawy polskich przedsiębiorców i hamować ich chęć do inwestowania. Ale główny powód, główne źródło czynników, jest niestety w naszym kraju. Dziesiątki pomysłów, koncepcji, potem wycofywanie się z nich z pewnością nie pomaga we wzięciu na siebie ryzyka. A przecież decyzja o inwestycji dokładnie czymś takim jest. I niestety, pomimo apeli różnych środowisk biznesu wciąż mamy do czynienia z tym samym.
Żeby daleko nie szukać. Podobno od 1 stycznia ma wejść w życie nowy podatek nakładany na osoby, które uciekają przed podatkami za granicę czyli tzw. exit tax. Koncepcja sama w sobie ma sens. Mało tego, jest to wymóg w ramach Unii Europejskiej. Ale w naszym przypadku do dzisiaj nie wiemy, kogo będzie dotyczył. Być może nie tylko firm, a także osób prywatnych. I wciąż nie wiemy, jak dokładnie będzie działał. A jest koniec sierpnia. Wciąż nie wiemy też na przykład, jak zmienią się zasady zakupu samochodów firmowych, zasady leasingowania samochodów i jeszcze parę innych rzeczy. Możemy mówić o Konstytucji Biznesu i rzucać różne hasła, ale fakty są, jakie są. Jak w takiej sytuacji inwestować? Owszem, coś się ruszyło, bo część firm działa na granicy możliwości i coś w końcu musi kupić. Ale przecież nie o to chodzi.
O braku zdecydowania i nieprzewidywalności, choć na innym poziomie, świadczy też zamieszanie z zakupem fregat w Australii. A pamiętacie państwo o anulowanym zakupie Caracali? Nie mam pojęcia, czy rząd postąpił wtedy słusznie, czy nie, ale mijają trzy lata a nowego kontraktu wciąż nie ma.
Czy naprawdę nie można stworzyć katalogu zmian, które się chce wprowadzić, i nie wymyślać co chwilę nowych koncepcji? Czy naprawdę musimy żyć w środowisku nieustannych pomysłów wprowadzanych przez państwo, które nie pozwalają na dokonywanie sensownych kalkulacji opłacalności inwestycji? Czy wciąż coś nas musi zaskakiwać?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze