Cały sens emerytury polega na tym, że jest ona wypłacana do końca życia. Jeśli ma być inaczej, trudno mówić o emeryturze. Rozwiązanie zaproponowane przez Izbę Gospodarczą Towarzystw Emerytalnych jest po prostu niedopuszczalne. Oczywiście mam świadomość, że to tylko jedna z propozycji. Rozumiem też, że być może została ona przedstawiona trochę na zasadzie przekornego pokazania, do czego prowadzi tzw. reforma OFE rozpoczęta dwa lata temu. Nie zmienia to jednak faktu, że pomysł musiał zostać odebrany fatalnie przez społeczeństwo. A to jest woda na młyn dla tych, którym się system OFE nie podoba.
Jak wiemy, reforma emerytalna sprzed prawie 15 lat wprowadziła indywidulane konta emerytalne. Pomysł był taki, że część składek, które płacimy, przelewana jest do otwartych, prywatnych funduszy emerytalnych, które naszymi pieniędzmi zarządzają. Emerytura ma zatem składać się z dwóch części. Jednej wypłacanej przez ZUS i drugiej pochodzącej właśnie z OFE.
Dwa lata temu rząd podjął decyzję o wyraźnym zmniejszeniu składki przekazywanej do OFE. Teoretycznie nasze pieniądze nie giną, tylko są zapisywane na specjalnym, również indywidulanym koncie, tyle że prowadzonym przez ZUS. Tu jest zresztą największa wątpliwość, bowiem na tym koncie żadnych pieniędzy nie ma. One się tam pojawią dopiero wtedy, kiedy przejdziemy na emeryturę. To znaczy, mamy nadzieję, że się pojawią. Dzięki takiemu rozwiązaniu nie trzeba dopłacać do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych około 20 mld złotych rocznie. Skoro nie ma transferu do OFE, pieniądze zostają w FUS. Transfery do otwartych funduszy powodowały powstanie dziury w FUS, którą trzeba było łatać z budżetu państwa. Czyli innymi słowy: brakowało pieniędzy, zresztą brakuje ich dalej, na wypłatę emerytur tym, którzy dzisiaj są na emeryturze.
Nie chcę w tej chwili podejmować tematu, czy OFE mają sens, czy też trzeba je likwidować. Przyjdzie jeszcze na to czas. Ale warto o kilku rzeczach pamiętać. Po pierwsze o tym, że nie zrobiono wielu rzeczy, które z reformą emerytalną miały być integralnie związane. Choćby nie przekazywano większości wpływów z prywatyzacji do Funduszu Rezerwy Demograficznej, które teraz i w przyszłości mogłyby pomagać w bilansowaniu budżetu ZUS. Nie przeprowadzono poważnej reformy finansów publicznych, żeby odciążyć budżet państwa i zmniejszyć dług publiczny, zanim będzie trzeba go zwiększać z uwagi na konieczność dofinansowania FUS w okresie przejściowym, czyli zanim wszyscy przejdą na system indywidualnych kont. W systemie w OFE panuje niewystarczająca konkurencja i są za duże prowizje związane z zarządzaniem kontami. Nie ma systemu ochrony tych, którzy, tak jak w roku 2008 i 2009, mają pecha i trafiają na wielki kryzys, który skutecznie zmniejsza ich emerytury. Wciąż mamy wiele osób korzystających z przywilejów emerytalnych. Itd., itp.
Dyskusja o OFE będzie zapewne ciekawa i gorąca. Tym bardziej dziwi to, że w sytuacji realnego zagrożenia całkowitą likwidacją OFE i w ogóle całego sytemu prywatnych funduszy, fundusze te „podkładają się” pomysłem nie do zaakceptowania. Pomysłem, który musi zniechęcić społeczeństwo. Jak tak dalej pójdzie, to być może rządowi dalsze zmiany w OFE uda się przeprowadzić znacznie łatwiej niż dwa lata temu.
„Samobójstwo” OFE?
REKLAMA
REKLAMA




















