Ściągalność podatków i odbicie inflacji

0
Marek Zuber
REKLAMA

Ministerstwo Finansów oficjalnie przyznało, że ściągalność podatków w Polsce spadła w 2023 roku. To ciekawa informacja szczególnie w kontekście hasła „Wystarczy nie kraść”. Ciekawa, chociaż niewprowadzająca niczego odkrywczego. Podobnie zresztą jak wstępne dane o inflacji za kwiecień.

Ostatnie dni przyniosły bardzo wiele ciekawych informacji ekonomicznych i około ekonomicznych. Pewnie największą „klikalność” miały te dotyczące Orlenu, jej byłych prezesów, w tym mówiące o miejscu ich obecnego przebywania. Ale dla mnie ciekawe było coś innego. Ciekawe, chociaż w jednym i drugim przypadku (bo mam tu na myśli dwie informacje) jest to tylko potwierdzenie tego, co już wiemy, albo tego, czego się spodziewaliśmy.

Zacznę od ściągalności podatków. Ministerstwo Finansów pod nowym kierownictwem przygotowało „Białą Księgę”, czyli ocenę stanu finansów publicznych i tego, co się w nich w ostatnich latach działo. Nie ma tam nic specjalnie odkrywczego, bo wiedzieliśmy na przykład, że poprzednia władza tworzyła fundusze poza formalną kontrolą parlamentu i ciągnęła na nie miliardy złotych długu. A właściwie setki, bo prawie 400 miliardów. Wiedzieliśmy także, że ściągalność podatków w zeszłym roku spadła, bo mówił o tym jeszcze przed wyborami ówczesny premier, czyli Mateusz Morawiecki. Też zatem nic odkrywczego w tym nie ma. Nie do końca zgadzam się jednak z wnioskami z „Białej Księgi”. Na przykład z tym, że wzrost ściągalności za PiS wynikał przede wszystkim ze wzrostu gospodarczego. Sam pisałem parę lat temu, że ten element jest ważny. Nie chodzi tu tylko o to, że wzrost gospodarczy oznacza większe dochody podatkowe. Chodzi też o to, że jak firmom jest dobrze, to chętniej płacą podatki. Nie tylko firmy zresztą. A jak jest gorzej, to jest z tym problem. A zeszły rok był zły. Był najgorszy pod względem wzrostu gospodarki od czasu zmian ustrojowych w Polsce, nie licząc pandemii oczywiście, ale to osobny przypadek. Musiało zatem dojść do pogorszenia ściągalności podatków. Ale moim zdaniem – wracam tu do tego, co pisałem kilka lat temu – środki na różne pomysły PiS czerpało z trzech źródeł: właśnie ze wzrostu gospodarczego, z zadłużania się, bo co rok mieliśmy przecież dziurę w budżecie, ale także ze zwiększonej ściągalności podatków wynikającej jednak z działań władzy. O ile Morawiecki promował tezę, że pieniądze są tylko dzięki działaniom jego rządu i rozpowszechniał hasło „Wystarczy nie kraść” (co nie było prawdą), o tyle mówienie, że PiS nie ma żadnych zasług w szerokorozumianym zwiększeniu ściągalności podatków też jest moim zdaniem nadużyciem. Wystarczy wspomnieć uchwalony w 2016 roku „Pakiet paliwowy” czy wprowadzenie JPK. Choć faktem jest, że to ostatnie rozwiązanie było przygotowywane przez poprzedników. Tak czy inaczej, ściągalność podatków znowu spadła i tak czy inaczej ma to związek głównie z wyhamowaniem gospodarki.

REKLAMA (2)

Drugi temat, który jest moim zdaniem ważny, to odbicie inflacji. Wstępne dane mówią bowiem o jej wzroście do 2,4% w kwietniu z 2% w marcu. I nie jest to żadne zaskoczenie. Mało tego: będzie ona rosnąć dalej i moim zdaniem może przebić w tym roku 7%. Na początku roku zastanawiałem się tylko, kiedy do tego odbicia dojdzie. Wiadomo było, że najpóźniej w maju. Ale gdyby VAT na żywność nie wrócił do poziomu 7%, minimum inflacji odnotowalibyśmy pewnie w kwietniu. Ale wrócił. Wciąż nie mamy precyzyjnych informacji, jak to się przełożyło na inflację. Wiemy o tym, że część sieci zamroziła ceny, ale wiemy też, że sporo produktów podrożało. Choćby pieczywo w małych piekarniach, gdzie często nie było miejsca na wzięcie na siebie części wyższej stawki. Choćby przez wzrost kosztów pracy, spowodowany rekordowym styczniowym podwyższeniem płacy minimalnej. Tak czy inaczej, po długim okresie spadku inflacji, teraz zacznie się okres jej wzrostu. Pytanie tylko, do jakiego poziomu?

REKLAMA (3)

A propos płacy minimalnej. Z jednej strony cieszymy się z tego, że Polacy więcej zarabiają. Podwyżka płacy minimalnej to moim zdaniem wzrost 60% wynagrodzeń w gospodarce. Jak nie towarzyszy mu wystarczający wzrost wydajności pracy, a nie towarzyszy, musi to za sobą pociągnąć wzrosty cen. I to jest druga strona medalu. Ceny rosną, bo rosną koszty produkcji towarów czy wytwarzania usług. Poza tym więcej pieniędzy to zwiększone kupowanie, a zwiększone kupowanie to presja inflacyjna. Czyli z jednej strony się cieszymy, a z drugiej martwimy. Co przeważy? Zobaczymy pod koniec roku.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze