Powrót VAT na żywność do poziomu 5% stał się faktem. Przed nami jednak znacznie trudniejsza decyzja. Ta dotycząca cen gazu i prądu.
Po pierwszych dniach kwietnia wiemy na pewno jedno: jeśli powrót VAT na żywność do poziomu 5% doprowadzi do wzrostu inflacji o mniej więcej punkt procentowy, to na pewno nie stanie się to w kwietniu. Sporo sieci handlowych nie zdecydowało się bowiem na podniesienie cen o 5%. Jeśli już, to było to przede wszystkim widoczne w mniejszych sklepach, piekarniach i cukierniach. Tu rzeczywiście słychać o prostym dołożeniu 5% do ceny z czasów zerowego VAT. Sam to zresztą w wielu miejscach widziałem. Ten jeden punkt procentowy wzrostu ceny całego koszyka inflacyjnego wynika oczywiście z jednej strony z zakresu podwyżki, czyli wspomnianych pięciu procent, a z drugiej strony z udziału żywności objętej zerową „antyinflacyjną” stawką w całym koszyku. Skoro tego pełnego przełożenia w kwietniu nie będzie, to znaczy, że inflacja kwietniowa może tylko nieznacznie różnić się od marcowej. I przy odrobinie szczęścia może być nawet niższa, bo w kwietniu w zeszłym roku miesięczny wzrost cen wyniósł 0,7%, czyli jeszcze sporo. Jeśli rzeczywiście w kwietniu będziemy mieli poniżej 1,9% rok/rok, to może to być najniższy poziom inflacji w tym roku.
Nie wiemy, czy kiedykolwiek to pełne przełożenie powrotu VAT do stawki wyjściowej nastąpi. Może być tak, że wyższy VAT będzie stopniowo przenoszony na nas, czyli na klientów. Może być tak, że część weźmie na siebie handel, czyli relatywnie obniży swoją marżę, a może być tak, że będzie próbował przynajmniej w części przerzucić wyższe koszty na producentów. Trudno nam będzie to ocenić, bo spodziewam się dalszego spadku cen wielu artykułów spożywczych w najbliższych tygodniach. Czyli może być na przykład tak, że coś potaniałoby o 10%, gdyby VAT zostawiono na poziomie 0%, a potanieje mniej ze względu na wyższy VAT. Jak mamy się w tym połapać? Będzie ciężko.
Ale przed nami z pewnością trudniejsza decyzja: odmrożenie cen prądu i gazu. Boimy się tego, bo słyszymy różne wypowiedzi na ten temat. Naprawdę trudno dzisiaj cokolwiek wyrokować.
Na cenę prądu wpływa bardzo wiele elementów. Widzimy to zresztą, patrząc na swoje rachunki. A na te elementy wpływa bardzo wiele czynników. Obecnie płacimy za prąd nieznacznie powyżej 50 groszy za kWh do limitu zużycia nałożonego przez państwo i prawie 86 groszy, jeśli ten limit przekroczymy. Mam na myśli oczywiście gospodarstwa domowe. Przypomnę, że jeszcze pięć lat temu były to poziomy w okolicach 20 – 30 groszy. Piszę w okolicach, bo ceny różniły się w zależności od producenta i w zależności od taryfy. Wzrost ceny, mimo mrożenia, jest więc już dzisiaj znaczący. Te wypowiedzi, które słyszeliśmy w ostatnim czasie, także ze strony osób związanych z obecnym obozem rządzącym, wskazują na to, że nowe ceny mogą być nawet grubo powyżej 1,20 złotego za kWh. Oczywiście zakładam, że już żadnych limitów zużycia nie będzie. A to by oznaczało rzeczywiście potężny wzrost. Pytanie tylko, czym miałby być on uzasadniony?
Popatrzmy na koszty produkcji i dystrybucji. To jest oczywiście klucz do odpowiedzi na pytanie o nowe ceny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. No i tu mamy od razu problem. Większość prądu w Polsce wciąż produkujemy z węgla. Potężny wzrost kosztów wytwarzania w ostatnich latach wynikał przede wszystkim ze wzrostu cen węgla i ze wzrostu cen limitów CO2. Tyle tylko, że węgiel jest już dzisiaj tylko nieznacznie droższy, niż średnie poziomy obserwowane przez ostatnie dwadzieścia lat przed eskalacją wojny w Ukrainie. Na rynku europejskim to rząd wielkości nieco powyżej 100 USD za tonę. Mam tu na myśli na przykład węgiel ARA. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że węgiel węglowi nierówny. Ale nie zmienia to faktu, że surowiec potaniał o połowę w stosunku do poziomów sprzed półtora roku. Bo wtedy właśnie po raz pierwszy straszono nas wzrostem cen w okolice 1,5 PLN za kWh. Oczywiście ceny polskiego węgla to inna bajka. Węgla bardzo drogo wydobywanego.
A prawa do emisji CO2, zwane popularnie limitami CO2? To przecież właśnie one miały odpowiadać za wzrost ceny, którego chcieli producenci jeszcze w 2021 roku? Oczywiście o poziomach sprzed pięciu czy sześciu lat, czyli poniżej 10 euro, nie ma mowy. Ale też jesteśmy znacznie poniżej szczytów. Te obserwowaliśmy rok temu, dobijając to 100 euro. Obecna cena to okolice 60 euro. Pamiętajmy w dodatku, że wpływy z limitów nie zasilają mitycznego budżetu Komisji Europejskiej, tylko wpływają do budżetu Polski. W dodatku nie są to pieniądze znaczone. Mogą iść na dowolny cel. Czy zatem pełny wzrost ich ceny musi być przełożony na cenę prądu?
A kwestia gazu i produkcji z odnawialnych źródeł energii? O tym, o dystrybucji i o jeszcze jednym ważnym czynniku cenotwórczym za tydzień.




















