W zeszłym roku napisałem w TEMI, że na skutek rewolucji łupkowej wyraźnie wyhamował proces zastępowania czy też prób zastępowania tradycyjnych pojazdów spalinowych innymi pojazdami. I swojego zdania nie zmieniam. Oczywiście inne typy napędu się rozwijają, ale trudno tu mówić o szybkich zmianach. Stało się tak na skutek wielu czynników, z których cztery, moim zdaniem, są najważniejsze.
Po pierwsze nie ma już tematu rychłego końca zasobów ropy naftowej. Te tradycyjne szacuje się na całym świecie na około 1,7 biliona baryłek, ale w samych tylko Stanach Zjednoczonych jest przynajmniej 2 bln baryłek ropy łupkowej. To głównie dlatego wyraźnie spadły ceny surowca. I nie zanosi się na to, aby ten proces miał się odwrócić. Nie ma zatem problemu dostępności benzyny czy oleju napędowego, choć jest oczywiście kwestia ekologii. Dlatego, jak sądzę, zwiększy się w najbliższych latach nacisk na tworzenie technologii ograniczenia emisji szkodliwych substancji.
Po drugie wciąż nie mamy przełomu w kwestii magazynowania energii. Najlepsze samochody elektryczne mają co najwyżej 200 km zasięgu. Co prawda, w przypadku amerykańskiej tesli podawane wartości są dwa razy wyższe, ale należy je traktować jako niemalże laboratoryjne. Nie mówiąc już o tym, że mówimy tu o samochodach naprawdę drogich.
Po trzecie nie wystarczająco szybko rozwija się sieć tankowania dla pojazdów wyposażonych w alternatywne źródła napędu. Nie widać też przełomu w pomysłach typu szybka wymiana baterii, bo i takie się pojawiały. W przypadku wodoru, czyli paliwa używanego w ogniwach paliwowych, ma być inaczej, toyota wybrała bowiem opcje podzielenia się technologią z innymi po to, aby wspólnie propagować nowy napęd i ponosić ciężar rozwoju sieci tankowania. Wszyscy wiemy o współpracy choćby z BMW w tej kwestii. Uważa się, że w tej sprawie błąd popełniła firma Tesla, nie dzieląc się patentami.
Osobiście nie do końca podzielam optymizm związany z taką współpracą w sensie wyraźnego przyspieszenia procesu przechodzenia na nowe napędy. Wzrost sprzedaży samochodów elektrycznych innych niż Tesla marek jest bowiem faktem, a mimo to rewolucji w rozwoju punktów tankowania nie widać. Być może nieco lepiej będzie z wodorem. Innym problemem jest długość procesu „tankowania” prądu. Nie potrafimy bowiem naładować baterii w kilka minut. Przy wodorze ten problem nie występuje.
I po czwarte wielkie koncerny nie są zainteresowane wydawaniem aż tak dużych pieniędzy, żeby proces odchodzenia od silnika spalinowego wyraźnie przyspieszyć. Szczególnie, że nie ma już, jak wspomniałem, tematu szybkiego wyczerpywania się zasobów ropy i wyraźnego wzrostu jej ceny. Tak na marginesie, protestują one też przeciwko zbyt szybkiemu, ich zdaniem, zaostrzaniu norm emisji spalin. Najlepszym przykładem był nacisk koncernów niemieckich na rząd w tej kwestii. Jednak lobby proekologiczne w Unii Europejskiej jest silne, trudno jest zatem hamować zmiany ograniczające trucie środowiska. W USA jest podobnie, choć mamy tam duże zróżnicowanie w zależności od stanu.
Co się zatem w najbliższym czasie wydarzy? Rewolucji nie będzie. No, chyba że dokona się przełom technologiczny. Póki co, nie zanosi się chyba jednak na to. Co chwilę słyszymy o jakichś osiągnięciach, ale po chwili okazuje się, że albo są one przereklamowane, albo wymagają długoletniego rozwoju. Widać zresztą zniecierpliwienie w branży, szczególnie w obszarze napędu elektrycznego. Nerwowość udzieliła się ostatnio nawet szefowi Tesli, który wciąż boryka się z brakiem rentowności swoich pojazdów. A czas mija…..A zatem zmiany, ale powolne. Póki co, tradycyjne benzyniaki i ropniaki będą górą. Co najwyżej w wersji hybrydowej…
Ewolucja czy rewolucja?
REKLAMA
REKLAMA




















