Być może jest to zjawisko zrozumiałe − profesor ma znacznie mniejszy od zwykłego obywatela kontakt z rzeczywistością. O świecie wie tyle, ile zobaczy w telewizji, usłyszy w radiu i przeczyta w gazecie. Przy czym, o ile Polak mniej utytułowany w telewizji ogląda głównie tańce z gwiazdami, w radiu słucha muzyki, a gazety kupuje raczej do oglądania niż do czytania, to profesor ambitnie wsłuchuje się w całodobowe dyskusje telewizyjnych i radiowych ekspertów od wszystkiego i czyta ich polityczne komentarze. Z nich zaś dowiaduje się, że na Polskę dybie straszny Kaczyński, który chce ją podpalić, względnie wysadzić w powietrze, że narasta fala brunatnej przemocy i postępuje faszyzacja kraju, że nasz kraj to Republika Weimarska w ostatnich miesiącach przed dojściem do władzy Hitlera.
Każdy z nas styka się z tym przekazem lejącym się ze wszystkich prorządowych anten, ale większość ma z nim kontakt przez czas ograniczony. Potem wychodzi na ulicę, spotyka się z innymi normalnymi ludźmi ilość toksyn w jego organizmie pozostaje na jakimś w miarę niewysokim poziomie.
Profesor natomiast od rana do wieczora, siedząc z głową w Tok FM i TVN 24, od deski do deski czytając „Gazetę Wyborczą” czy „Politykę”, poprawiając jeszcze lisowym „Newsweekiem”, łyka antypisowską histerię w dawkach zmasowanych. A że ostatnio prorządowe media, tracąc gwałtownie wpływy i nakłady (wazelina sprzedaje się coraz gorzej), zaczęły morderczo rywalizować o „leminga” i że czynią to, licytując się w agresji i nienawiści do Kaczyńskiego, prawicy oraz „czarnych”, dawka ta wzrasta dodatkowo.
Jeśli profesor ma jakąś wiedzę o polityce, wie, co to propaganda, rozumie, kto ją inspiruje i z jakich przyczyn, umie zachować wobec tej histerii dystans. Ale jeśli nie jest przesadnie mądry − co wśród profesorów jest równie częste, jak wśród ludzi prostych − to w pewnym momencie od tej nieustannie ładowanej histerii mu odbija. I rzuca się bronić demokracji − czyli jedynie słusznej władzy, z którą się utożsamia − przed faszyzmem.
Parę tygodni temu mogliśmy podziwiać takie szaleństwo w pełnym rozkwicie na przykładzie profesora Krzemińskiego, który biegał od jednego medium do drugiego, wzywając gromów na opozycję i krzycząc o faszyzmie. W ostatnim tygodniu zaś atak szału ogarnął Marcina Króla. Na łamach „Wprost” wezwał władzę do „twardej i stanowczej reakcji” na działania opozycji, „nawet jeśli nie będzie ona zgodna z prawem”, na łamach „Dziennika” − do wprowadzenia stanu wyjątkowego, na razie w gospodarce. Bo Jarosław Kaczyński „destabilizuje” Polskę (i to, uważacie Państwo, za pomocą mediów), przez co dojdą do władzy „kanalie”. Co usprawiedliwia każdą spodziewaną podłość i bezprawie władzy.
Kaftan dla profesora
REKLAMA
REKLAMA




















