Świnia z wagą nie poczeka…

0
swinie hodowanie
swinie-hodowanie
REKLAMA

Pan Andrzej stara się, by na świnię nie mówić świnia. Twierdzi, że „świnia” brzmi nieelegancko. Woli mówić: „wieprzek” albo „trzoda”. Elegancję chce zachować z powodu wdzięczności.
– Hodowlą trzody zajmuję się od kilkudziesięciu lat. Trzoda mnie żywiła, ubierała, zapewniała byt rodzinie, wykształcenie dzieciom, była i jest źródłem dochodu – wylicza pan Andrzej.
Dom i chlewnia Marcinków stoją na malowniczym stoku w Lubczy, z którego roztacza się piękny widok na wzniesienia Pogórza, w tym na słynną górę Kokocz.
Chlewnia była budowana w latach 70., gdy Gierek rozdawał rolnikom niskooprocentowane kredyty. Ojciec pana Andrzeja wziął z banku 800 tys. złotych. Potem hodowlę przejął obecny gospodarz, wciąż mając nadzieję, że to dobry i pewny interes. Na przełomie lat 80. i 90. zainwestował w nowoczesność – w chlewni zamontował automaty paszowe. Trzymał wtedy do dwudziestu loch i „produkował” po 400 tuczników rocznie. Temat zna od podszewki.

Atak serca
Ludzie przywiązują się do psów, kotów czy koni, ale czy można przywiązać się do świni, pardon – do trzody? Nie tylko dlatego, że jest żywicielką rodziny, w podwójnym zresztą znaczeniu tego słowa.
– To takie samo zwierzę jak inne – odpowiada Andrzej Marcinek. – Jest trochę lekceważone, niedoceniane. Ale przecież to inteligentne stworzenie, rozpoznaje swego opiekuna, a węch ma lepszy od psiego. Czuje tak jak inne zwierzęta. Nieraz widzę, jak się trzoda stresuje, gdy się wypędza ją z kojców i kieruje do transportu na sprzedaż. Miałem u siebie przypadek, gdy jedna sztuka padła ze stresu na atak serca. Ale co zrobić, nie da się zatrzymać świnki jak psa czy kota na długie lata.
Dla przeciętnego zjadacza kotleta świnia to po prostu żywa góra mięsa, to zwierzę, które się hoduje dla zabicia i zjedzenia. Tyle. Dla Stanisława Żelichowskiego, posła PSL, świnia to „dzik, który wskutek udomowienia stał się świnią”.  
Dzieje hodowli trzody chlewnej w Polsce znaczone są historiami „świńskich górek”, czyli nadpodaży wieprzowiny na rynku. Górki okazały się stanami powtarzalnymi, doprowadzając hodowców do rozpaczy. Specjaliści winę często zwalali na producentów trzody, zarzucając im brak umiejętności oceny realiów rynku, a producenci zawsze obwiniali rządzących. Podobnie jest teraz, gdy w związku ze stwierdzeniem u dwóch padłych dzików na Podlasiu afrykańskiego pomoru świń (ASF) wschodni rynek zbytu zablokował import unijnej wieprzowiny. Polscy producenci mają do stracenia 80 mln euro w skali rocznej. Z Andrzejem Marcinkiem rozmawiamy akurat w chwili, gdy na świni przewrócił się minister rolnictwa Stanisław Kalemba, ogłaszając swoją dymisję.


Wieprzak ciągnie hodowcę
– Wiem z doświadczenia, że w trudnych sytuacjach, gdy z jakichś powodów maleje import za wschodnią granicę, ministerstwo i podległe mu agencje działają z opóźnieniem albo nie działają wcale. W styczniu tucznik w skupie kosztował 5,50 za kilogram, była to cena jeszcze w miarę opłacalna, a w marcu już tylko 4 złote – żali się Andrzej Marcinek. – Zamiast z góry przewidywać skutki pewnych sytuacji i wnioskować do Brukseli o dotacje na skup interwencyjny, czeka się nie wiadomo na co. A wieprzki czekać nie mogą.
Wieprzek nie czeka, cały czas rośnie. Najlepiej go sprzedać po czterech miesiącach nowoczesnego chowu, gdy osiągnie wagę 100-105 kilo. Wtedy hodowca otrzyma cenę w I klasie. Pozostawiony w chlewni wieprzek hodowcę pogrąża, ciągnie w dół. Cały czas je, powiększa koszty, a w dodatku to jedzenie szkodzi cenie w skupie. Świnia staje się przerośnięta, przetłuszczona, a teraz wszyscy oglądają się tylko za chudym mięskiem, bo zdrowsze.
– Trzoda to nie zboże, które w razie marnych cen można przetrzymać choćby rok i bez emocji kontrolować rynek – mówi pan Andrzej. – Wieprzka można zatrzymać na tydzień, na dwa, a potem trzeba z nim jechać, nie patrząc na ceny. Ograniczyć jedzenia też mu na ten czas nie można, gdyż będzie głodny. Gdybym niektóre sztuki odstawione do skupu karmił w chlewni do dziś, miałyby już one po 150 kilo. Sam tłuszcz.

REKLAMA (2)

Kiełbasa nie do podrobienia
Obecnie duże gospodarstwa karmią trzodę gotowymi paszami przemysłowymi. Mało kto dostarcza świniom tradycyjną paszę opartą na ziemniakach czy zbożu. Znana jest historia pewnego biznesmena z USA, który chciał podrobić cenioną kiełbasę wyrabianą w okolicach Tarnowa. Kiedy wydawało mu się, że sprostał wszelkim wymogom, za każdym razem okazywało się, że jego kiełbasa ciągle ma smak inny od pożądanego. W końcu ktoś mu wytłumaczył: Musiałbyś, człowieku, sprowadzić do USA świnie spod Tarnowa albo amerykańskie karmić tak, jak tamte są karmione…
– To prawda, dziś kiełbasa może mieć inny smak niż dawnej – przyznaje Andrzej Marcinek. – Owszem, można by nadal karmić trzodę tradycyjnie, zamiast suchej paszy podawać mokrą, lecz nie jest to takie proste. Musiałbym przejść na inną technologię, dwa razy dziennie rozwozić karmę po chlewni, koszty pracy rosłyby, a opłacalność malała.
Od kilkunastu lat hodowcę z Lubczy wyręczają w karmieniu automaty kupione za kredyt dla młodych rolników. Chlewnia jest europejska, z wentylacją grawitacyjną. Zgodnie z tym, co pan Andrzej mówił, świnie na widok obcego żywo reagują. Do stada wkrada się niepokój. Marcinek dla uspokojenia nastrojów wchodzi do środka między zwierzęta i z lekka pogwizduje. Po chwili robi się ciszej.
Unia Europejska dba o komfort świń – psychiczny i fizyczny. W ramach zapewnienia im tzw. dobrostanu hodowca musi postarać się nie tylko o efektywną wentylację, swobodny dostęp do paszy i wody, o regularne czyszczenie i dezynfekcję pomieszczenia oraz sprzętu czy o odpowiedni dobór zwierząt do grupy. Wyznaczone są także minimalne powierzchnie kojca dla świń. Przykładowo 100-kilogramowy tucznik, utrzymywany grupowo, ma mieć przynajmniej około 1 metra kw. dla siebie. Najbardziej uprzywilejowane są knury; tym, które oddelegowane są do krycia loch, przysługuje 10 metrów kw. powierzchni.

REKLAMA (3)

Rozrywki w chlewni
Ale to jeszcze nic. W chlewni Marciniaka widać zamontowane przy kojcach łańcuchy, do których można dokładać różne ruchome detale. To jedne z zabawek przeznaczonych dla świń. Tak, to nie żarty. Świnia wymaga rozrywki.
Zgodnie z unijnymi standardami, od początku 2013 r. także w Polsce nakazuje się hodowcom zapewnić trzodzie chlewnej „elementy manipulacyjne”, czyli zabawki. Kto sprawę zignoruje, może narazić się na utratę dotacji.
Idzie o to, by dostarczyć trzodzie materiały absorbujące ich uwagę, żeby co bardziej agresywne osobniki nie atakowały z nudów pozostałe. Od niektórych hodowców słychać, że od kiedy świnie nie są karmione białkiem zwierzęcym (mączka mięsno-kostna), bardziej skłonne są do ataków, do odgryzania swoim kolegom lub koleżankom ogonków czy przegryzania uszu. Z tej przyczyny trzodzie należy się rozrywka, która by ją odciągnęła od krwawych posunięć.
W krajowych chlewniach są już łańcuchy, z których zwisają kolorowe prostokąty, piłki do koszykówki, plastikowe butelki napełnione wodą, które są interesujące, gdy toczą się po ziemi. Ponoć któryś z rolników umieścił nad kojcami wyświetlacze ciekłokrystaliczne LCD, pokazujące różne zajmujące uwagę figury…
– Od początku do tych spraw podchodziłem poważnie, nie śmieję z się nich – mówi Andrzej Marcinek. – Zabawek dla świń nie wymyśliła Bruksela. Ja je już stosowałem wcześniej. Moje wieprzki mają łańcuchy do zabawy, piłeczki i stare opony. Widziałem już, jak wieprzek brał oponę na ryjek i nią kręcił.   
Świniom bywa wesoło, hodowcom nie zawsze. To, co rynek nazywa „świńską górką”, oni nazywają „dołkiem”. Chodzi o dołek finansowy.
– Za dużo w tym wszystkim jest polityki – twierdzi Marcinek. – Czy to normalne, że Rosja, która nie chce trzody po sąsiedzku, zamierza sprowadzać ją z Brazylii, 11 tysięcy kilometrów? A poza tym, jaka tam u nas teraz „górka”? Dziesięć lat temu mieliśmy w kraju 24 mln świń, teraz 10 milionów. Ale ile by nie było, to i tak wy, z miasta, za lepszą szynkę musicie płacić w sklepie 30 złotych. Rolnik dostaje z tego ledwie co.
Pomijając jednak wszystkie „górki” i „dołki”, ludzie powoli odwracają się od wieprzowiny. Ostrzeżenia lekarzy przed skutkami spożywania dużej ilości czerwonego mięsa, strach przed cholesterolem zrobiły swoje.
– Wiem o tym i zastanawiam się, czy powoli nie kończyć tej działalności. Mam trzy córki, żadna po mnie chlewni nie przejmie. Zamknę ją, ziemię, która mi została, zalesię i wezmę unijną dotację. Dotrwam do emerytury. To nie te czasy, kiedy mój ojciec mając do wyżywienia i wykształcenia ośmioro dzieci dzięki hodowli dał radę. Uposażył nas wszystkich. Nigdy nie biedowaliśmy.
I jak tu nie mieć szacunku dla świń.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze