Ale wolty nie są w naszej polityce czymś rzadkim. Niedawno mogliśmy podziwiać salto z podwójną śrubą w wykonaniu Michała Kamińskiego, wcześniej podobne ewolucje wykonywali Joanna Kluzik-Rostkowska, czy też Bartosz Arłukowicz. O ile jednak w większości przypadków raptownej zmiany poglądów jest oczywiste, że polityk szuka szansy na pozostanie w polityce, o tyle w przypadku Romana Giertycha nie jest to takie oczywiste. Giertych ma swoją kancelarię adwokacką, która prosperuje całkiem nieźle, a jest na tyle dorosłym chłopcem, by wiedzieć, że jest to pewniejszy chleb niż polityka. Wiele wskazuje na to, że po prostu ciągnie wilka do lasu, że życie bez politycznych zagrywek nie ma dla pana mecenasa Giertycha żadnego, może nawet nie sensu, ale po prostu smaku.
Kilka dni temu Roman Giertych powiedział na antenie TVN24, że w PO rozważany jest scenariusz przyspieszenia wyborów parlamentarnych. Według Giertycha, kadencja parlamentu miała by być skrócona o kilka miesięcy tak, by połączyć wybory parlamentarne z prezydenckimi. Oficjalnym powodem tego połączenia miałyby być oszczędności. Każde wybory kosztują około 150 milionów, więc gdyby udało się taka sumę oszczędzić i przeznaczyć ją na przykład na wojsko, to naród powinien to nie tylko zaakceptować, ale nawet poczuć w sercach zrozumienie przemieszane z zachwytem. Według Giertycha, prawdziwym powodem byłaby jednak chęć podreperowania słabnących notowań partii rządzącej rosnącymi notowaniami pana prezydenta. Jaki byłby w tym interes Bronisława Komorowskiego? Ano Giertych uważa, że prezydentowi powinno zależeć na tym, by premierem nie był Jarosław Kaczyński, który nawet bez wicepremiera Janusza Korwin Mikkego, byłby dla prezydenta trudnym partnerem, bo nasza konstytucja jest tak skonstruowana, że współpraca przywódców z różnych obozów politycznych jest albo bardzo trudna, albo wręcz niemożliwa. Kosztem dla prezydenta mógłby być fakt, że ten kamień młyński (czyli PO), przywiązany do szyi Bronisława Komorowskiego, mógłby nie pozwolić prezydentowi wygrać w pierwszej turze, ale założenie jest takie, że tak czy siak Bronisław Komorowski nie ma z kim przegrać.
Czy ta kalkulacja trzyma się kupy? Z politycznego punktu widzenia – a taki prezentuje nam Roman Giertych – jak najbardziej tak. Ale z punktu widzenia obywatela to już nie wygląda tak różowo. Obywatel ma bowiem prawo zapytać polityków, w tym także emerytowanego polityka Romana Giertycha, po co całe te zabiegi. Dlaczego PO chce utrzymać się przy władzy? Co takiego przez minionych 7 lat partia ta zrobiła, co warte by było kontynuowania?
Ale Roman Giertych takim przyziemnymi pytaniami nie zaprząta sobie głowy. W 2006 roku charakterologiczne wady Jarosława Kaczyńskiego nie przeszkadzały mu zostać wicepremierem, teraz są nie do zaakceptowania. Dla jasności, nie mam wątpliwości, że PiS nie nadaje się do rządzenia, a Jarosław Kaczyński nie będzie dobrym premierem, zwłaszcza w czasach takich jak dzisiejsze, gdy wojna wisi w powietrzu, a Unia Europejska trzeszczy w szwach. Ale cynizm prezentowany przez mecenasa Giertycha jednak mnie oburza. Idea – byleby nie rządził Kaczyński – jest nader płytka.
Mecenas Giertych
REKLAMA
REKLAMA




















