Rozmawialiśmy najpierw o wykładowcach, stopniowo jednak przechodziliśmy na tematy bardziej ogólne i w ten sposób przegadaliśmy prawie dwie godziny. Palikot był wtedy osobą fascynującą – odnosił sukcesy w biznesie, a jednocześnie był na bieżąco ze współczesną filozofią i bez najmniejszego problemu można było z nim rozmawiać o Heglu albo o greckich praojcach filozofii.
Jego akces do polityki, do której wkroczył w 2005 roku, był dla mnie zaskoczeniem. Palikotowi bowiem wiodło się w biznesie dobrze, a i wtedy, i teraz jest raczej tak, że do polityki trafiają ludzie albo bez pomysłu na życie, albo trochę zagubieni, albo też cynicznie szukający szansy na łatwą karierę. Palikot nie pasował do żadnej z tych kategorii. Wkrótce po wejściu do Sejmu Janusz Palikot zaczął pracować nad własną rozpoznawalnością. Napisał i własnym sumptem wydał własną biografię pod tytułem „Płoną koty w Biłgoraju”, a potem zaczął odkrywać specyfikę telewizji, która chętniej pokazuje obrazki bulwersujące niż nijakie. Zaczął pojawiać się w miejscach publicznych w koszulkach z napisami „Jestem gejem”, potem organizował konferencje prasowe, na których wymachiwał gumowym penisem, albo przynosił do studia telewizyjnego łeb świni. Każde z tych ekstrawaganckich wystąpień miało jakiś sens. Na przykład machanie penisem było sposobem zwrócenia uwagi na przestępstwo, do którego doszło na jednym z lubelskich posterunków policji. I mało kto dziś pamięta, że to machanie było skuteczne, bo policjant, który wykorzystał nietrzeźwą młodą kobietę, poniósł jakieś konsekwencje. Potem Janusz Palikot został szefem sejmowej komisji „Przyjazne państwo”. Komisja miała ułatwiać życie przedsiębiorcom zmagającym się z zabałaganionym polskim prawodawstwem. Nie dał sobie rady, chociaż nie przyznaje się do tego i twierdzi, że wykonał kawał dobrej roboty.
Pięć lat temu Janusz Palikot wykonał ruch nieprawdopodobny. Nie tylko odszedł z PO, ale także złożył mandat poselski i zaczął kampanię na własną rękę. W wyborach w 2011 roku, wydając śmieszne pieniądze, wprowadził do Sejmu 41 osób. Było to zaprzeczeniem panującej wówczas powszechnie opinii, że polska scena polityczna jest zabetonowana i niedostępna dla nikogo, kto przychodzi z zewnątrz. Ruch Palikota, później przemianowany na Twój Ruch, był wtedy trzecią siłą w Sejmie. Dzisiaj z klubu odeszło 3/4 członków. Niektórzy posłowie Palikota dziś są niezrzeszeni, niektórzy zakotwiczyli się w PSL, najwięcej osób trafiło do SLD, czyli do partii, która też jest na równi pochyłej.
Najbardziej zdumiewający jest powód ostatniego exodusu z Twojego Ruchu. Palikot dopuścił do tego, że klub nie płacił składek ZUS za osoby pracujące w pracach klubu. On, przedsiębiorca, który wie, że w polskim biznesie zdarzają się opóźnienia w płatnościach, ale na miły Bóg nie w płatnościach do ZUS. Te opóźnienia bowiem są drogie, bo ZUS narzuca spore odsetki, ale przede wszystkim opóźnienia te odbierają ludziom zatrudnionym przez Palikota prawo do ubezpieczenia. A dodajmy, że ci ludzie to zwykli prości pracownicy, a nie żadne krezusy. Palikot tym ruchem wpisał się w wiersz Miłosza „Który skrzywdziłeś” (człowieka prostego). Tym samym Palikot na oczach polskiej opinii publicznej dokonał seppuku. Wbił sobie nóż w brzuch i z rozmysłem zakończył swój polityczny żywot. Co prawda pokrzykuje jeszcze, że to nie jest jeszcze koniec, ale dopiero początek jego politycznej drogi i że wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich, ale powiedzmy sobie szczerze: Palikota już nie ma w polityce. Pytanie brzmi tak: czy ci, którzy na niego głosowali przed czterema laty, w ogóle pójdą do wyborów, a jeżeli tak, to na kogo oddadzą swoje głosy.
Przypadki Janusza P.
REKLAMA
REKLAMA




















