Nie chcę być źle zrozumiany. Nie porównuję prezydenta elekta do Stana Tymińskiego. Andrzej Duda nie przyjechał do nas z Kanady, był urzędnikiem w kancelarii prezydenta Kaczyńskiego i wiceministrem sprawiedliwości, ale mimo wszelkich jego zalet nie był on do tej pory liderem swojej partii i nie był tak znany jak nie tylko prezes PiS, ale kilku czołowych polityków tej partii. Tym bardziej bolesna musi być ta porażka dla całej PO, a przede wszystkim dla Bronisława Komorowskiego.
Polityk ten w czerwcu skończy dopiero 63 lata, ale nie wydaje mi się, by po takiej klęsce było dla niego jeszcze miejsce w polityce. Kilka miesięcy temu pisałem tutaj, że po wyjeździe Donalda Tuska do Brukseli prezydent Komorowski gra o przywództwo w PO i że takie przywództwo może mu dać zwycięstwo w pierwszej turze. I wtedy, w środku zimy, nie były to spekulacje nieuprawnione. Prezydent miał największe i, dodajmy, stabilne zaufanie wśród Polaków. Sposób, w jaki sprawował urząd, był powszechnie akceptowany, więc naturalnym pytaniem jest: co się stało?
Nie jestem socjologiem, ani specjalistą od kampanii wyborczej, ale widząc to, co wyprawiał sztab prezydenta Komorowskiego, już miesiąc temu założyłem się z przyjacielem, że wybory w drugiej turze wygra Andrzej Duda. Ludzie prezydenta byli cały czas dwa kroki za prowadzącymi kampanię Andrzeja Dudy. Gdy Dudzie robiono konwencję pełną rozmachu i konfetti, Komorowskiemu robiono otwarcie przaśne i byle jakie, a z konfetti i baloników się wyśmiewano. Gdy Duda wyjechał w Polskę dudobusem, Komorowski wyjechał 16 bronkobusami, nie potrafiąc zmienić nie tylko istoty, ale i nawet idei nazwy tego pojazdu. Swoją drogą ciekaw jestem, gdzie stoją te wszystkie autobusy, które w kampanii zaistniały może raz, a może dwa razy. Oczami wyobraźni widzę ten plac pełen autobusów w niebieskich barwach, które mają trochę niedopompowane koła, a z niektórych odkleja się B, więc jest „ronkobus”, a w niektórych odpadło s, więc napis głosi Bronkobu, z naciskiem na bu.
Co będzie dalej? Ano ciężkie czasy są przed prezydentem elektem. Obiecał bardzo wiele przed wyborami i tylko przez kilka miesięcy będzie mógł mówić, że czegoś nie daje mu zrobić parlament zdominowany wciąż przez koalicję PO – PSL. Potem wybory wygra prawdopodobnie PiS, a wbrew temu, co mówiono przez ostatnie lata, wcale nie będzie to partia pozbawiona zdolności koalicyjnej. Co więcej, nie sądzę, by po wyborach PiS musiał szukać wsparcia w PSL. Niekoniecznie będzie to też Paweł Kukiz, który w wyborach prezydenckich zgromadził wokół siebie niezadowolonych, podobnie jak zrobił to Lech Wałęsa w 1989 roku. I znowu: Kukiz nie jest Wałęsą AD 2015, ale mechanizm jest podobny tak dzisiaj, jak i ćwierć wieku temu. Jeżeli spoiwem jest wspólny wróg, to jakoś to wszystko idzie, gdy wróg pada na kolana, sami bierzemy się za łby. Po sukcesie kontraktowych wyborów w 1989 roku Komitet Obywatelski rozpadł się na bodajże 12 ugrupowań, w tym także na pierwowzory dwóch partii, które dzisiaj rządzą Polską. Nie wierzę w spójność polityczną ruchu wspierającego Pawła Kukiza.
Zatem gdzie jest zdolność koalicyjna PiS? Moim zdaniem w pęknięciu PO. A takie pęknięcie jest moim zdaniem nieuchronne po jesiennych wyborach parlamentarnych, gdyż logika dziejów każe zakładać, że PO te wybory przegra. Jest zatem szansa na prawdziwy POPiS, a może raczej PiSPO. Prawdziwy, czyli nie ten, który mamy dziś, a który polega na zasadzie – złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma. Pytanie brzmi tak: na ile obie te partie są dziś gotowe pozbyć się tych wszystkich, którzy są dla nich obciążeniem, czyli na ile gotowe są zrezygnować z ekstremistów. I na koniec. Lubię wybory. To jednak jest święto demokracji.
Duda wygrał
REKLAMA
REKLAMA




















