Czy czeka nas jeszcze wyższy wzrost cen?

0
REKLAMA

Marek ZuberOstatnia konferencja prezesa Narodowego Banku Polskiego miała dość ciekawy przebieg. Według Adama Glapińskiego nie mamy żadnych problemów z inflacją, stopy na bardzo długo pozostaną rekordowo niskie, a rynek złotego jest co prawda płynny, ale jego umocnienie byłoby niekorzystne, co można by było uznać za zapowiedź kolejnych interwencji walutowych.
Słowa wypowiadane przez szefów banków centralnych na świecie są pilnie obserwowane przez uczestników rynków finansowych, przedsiębiorców czy ekonomistów. Przeciętny Kowalski czy Smith się pewnie nimi niespecjalnie interesuje, choć decyzje podejmowane przez najważniejszą instytucję finansową gospodarki rynkowej mają na niego olbrzymi wpływ. Tak czy inaczej, szefowie banków centralnych bardzo zważają na słowa i są generalnie ostrożni. Tak też, z małymi wyjątkami, latami było w Polsce. Ostatnio jednak obecny prezes NBP idzie w nieco innym kierunku. Jego tezy są dość wyraziste i jednoznaczne. Problem w tym, że nawet szef banku centralnego nie wie, co będzie. Stawiając twarde tezy naraża się zatem na ryzyko związane z ich niesprawdzalnością. A to nikomu nie jest potrzebne. Także w kontekście wiarygodności reprezentowanej przez niego instytucji.

Nie wiem właściwie, dlaczego tak się dzieję. Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie, że wobec szalejącego kryzysu trzeba z jednej strony uspokajać, z drugiej sygnalizować, że zostanie zrobione wszystko, co jest koniczne, aby gospodarce i społeczeństwu pomóc. Z drugiej strony przesada w tych stwierdzeniach naprawdę nie jest potrzebna. A ostatnia konferencja prasowa szefa NBP moim zdaniem w tym kierunku zmierzała.
Mam tu na myśli choćby kwestie skupu obligacji dokonywane przez NBP. De facto oznacza to zwiększenie podaży pieniądza, czyli coś co potocznie określamy jego drukowaniem. Po co stwierdzenia w stylu: „absolutnie nie ma mowy o zakończeniu skupu obligacji” i dalej „być może będziemy skupować już zawsze”? Co niby miały pozytywnego oznaczać? To że państwu nigdy nie zabraknie pieniędzy, bo de facto NBP zawsze dodrukuje tyle ile trzeba? No to chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

REKLAMA (3)

Nie bardzo też rozumiem wypowiedzi dotyczących udziału NBP w rozliczeniu kredytów frankowych. To znaczy zgadzam się, że nie można tu forować konkretnego banku. Ale z drugiej strony polityka w stylu: „to w sumie nie jest nasz problem” jest po prostu mało odpowiedzialna. NBP powinien być kreatorem rozwiązania problemu, podobnie jak Komisja Nadzoru Finansowego, a nie przyglądać się i mówić „ok, ostatecznie może coś zrobimy”.
Ale największe wątpliwości budzi kwestia inflacji. NBP od trzech lat twierdzi, że inflacja będzie spadać. I od trzech lat tego spadku nie widać. W każdym razie nie w obszary, o których NBP mówi. Raptem kilka dni temu znowu zweryfikowano, oczywiście w górę, prognozy inflacji na rok 2021. Tymczasem według prezesa NBP nie ma problemu. Oczywiście być może Adam Glapiński ma rację, ale jeszcze raz to potarzam, może też jej nie mieć. Stawianie twardych tez w takiej sytuacji nie wydaje się polityką utrwalającą wiarygodność.
Kwestia ewentualnego wzrostu inflacji jest rzeczywiście dzisiaj mocno dyskutowana na całym świecie. Obawy części ekonomistów dotyczą tego, że skoro podaż pieniądza rośnie o biliony USD, to to się musi skończyć wzrostem cen. Nazwę to dla prostoty drukowaniem pieniędzy bez pokrycia, choć sprawa jest bardziej skomplikowana. Ale generalnie w tym kierunku idziemy.

REKLAMA (2)

Przeciwnicy teorii o możliwym wzroście cen mówią, że przecież poważne zwiększenie podaży pieniądza w USA po kryzysie 2008 – 2009 nie wywołało wzrostu inflacji. To prawda. Ale po pierwsze, po okresie drukowania Fed, czyli amerykański bank centralny, zaczął nadwyżki z rynku ściągać i rozpoczął podwyżki stóp procentowych. Czyli hamował presję inflacyjną. Pytanie, czy takie procesy zobaczymy także teraz w ciągu maksymalnie najbliższych dwóch lat? A po drugie, te pieniądze szły głównie, nazwijmy to tak, na rynki finansowe. Jeśli kupowane przez Fed obligacje były w posiadaniu choćby funduszy emerytalnych czy inwestycyjnych, to środki z wykupu znowu przeznaczano na inwestycje. A to bezpośrednio nie zwiększało np. konsumpcji. Czyli nie rodziło bezpośredniej presji inflacyjnej. Teraz jest inaczej. Biliony USD idą bowiem wprost w gospodarkę, na przykład jako dodatkowe zasiłki. Ryzyko wzrostu inflacji jest zatem dużo większe.
Nie wiem oczywiście, czy inflacja w Polsce poważnie wzrośnie. Ale ponieważ nikt tego nie wie, lepiej być ostrożnym. A słowa szefa NBP o tym, że być może będzie w nieskończoność zwiększał podaż pieniądza, a stopy bardzo długo będą prawie zerowe, z pewnością nie będzie hamowało obaw o jej wzrost. Tym bardziej, że wciąż możemy obserwować wzrost płac, wzrost cen energii i kolejne podatki, czy parapodatki wymyślane przez rządzących. Czy takie słowa szefa banku centralnego w związku z tym nie spowodują wyraźniejszego wzrostu oczekiwań inflacyjnych?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze