I tu jest pies pogrzebany. Jesteśmy podzieleni do tego stopnia, że nawet już ze sobą nie tylko nie rozmawiamy, ale nawet nie próbujemy rozmawiać. A w dodatku nawet kiedy takie próby są, to i tak niczego to nie zmienia. Ostatni konflikt o kształt Trybunału Konstytucyjnego jest tego najlepszym (najgorszym?) przykładem.
Po gorszących pyskówkach w Sejmie doszło do nocnej, dla mnie niezwykle ciekawej, merytorycznej dyskusji w Senacie. Tam rozmawiano spokojnie, co jednak niczego nie zmieniło. Model Trybunału wypracowany w Sejmie podczas pyskówek nie zmienił się nawet o włos podczas poważnej wymiany argumentów. Jedna strona pokazywała, że zmiany są faktycznym zablokowaniem możliwości działania TK, druga przekonywała, że dokonano jedynie naprawy tego, co wcześniej zostało zepsute. Rządzący najwyraźniej nie mają złej woli, skoro minister spraw zagranicznych sam z siebie zwrócił się do Komisji Weneckiej z prośbą o zaopiniowanie wprowadzonych w naszym kraju zmian w funkcjonowaniu Trybunału Konstytucyjnego. Komisja Wenecka jest ciałem doradczym Rady Europy w sprawach prawa konstytucyjnego i coś mi się wydaje, że suchej nitki nie zostawi na ustawie zaproponowanej przez PiS. Ale nie to jest najważniejsze. Minister Waszczykowski, zwracając się do Komisji Weneckiej, udowadnia, że szczerze wierzy w hasło „dobra zmiana”. Podobnie szczerze wierzą w to senatorowie PiS, których dyskusji wysłuchałem w noc poprzedzającą Wigilię. I tak samo szczerze w to nie wierzą przeciwnicy PiS. Jest to pęknięcie nie do zasypania, bo tam gdzie jest wiara, nie ma za dużo miejsca na argumenty.
Pęknięcia w naszym kraju były zawsze. II Rzeczpospolita, która padła po wrześniu 1939 roku, z perspektywy lat może nam jawić się jako państwo dosyć jednorodne, tymczasem ono było pęknięte na pół i pęknięcie to w brzydki sposób wyłaziło po klęsce wrześniowej. Piłsudczycy byli wówczas rozliczani przez nie piłsudczyków, a przybierało to niekiedy żałosną formę. Oto bowiem dwóch oficerów – pułkownik Matuszewski i major Rajchman – podjęli się zadania wywiezienia z Warszawy kilku ton złota Banku Polskiego i Funduszu Obrony Narodowej. Po niezwykle emocjonującej podróży przez Rumunię, Turcję i Egipt samochodami, koleją i statkami oficerowie owi dowieźli skarb do Francji. Niezwykle pomogły im w tym żony, które nie tylko narażały życie, ale czynnie uczestniczyły w ratowaniu złota. Jedną z nich była Halina Konopacka, dyskobolka, pierwsza polska złota medalistka olimpijska. I oto po całej eskapadzie, zasługującej na nakręcenie o tym przygodowego filmu (To podrzucam ministrowi Glińskiemu jako scenariusz dla filmowców z Hollywood), zakwestionowano niektóre rachunki przedstawione przez Matuszewskiego i Rajchmana, w tym rachunek za lemoniadę dla tragarzy w jednym z portów oraz rachunek za środki przeciwbólowe kupione w Rumunii. Matuszewski i Rajchman byli piłsudczykami, rozliczający ich w Paryżu oficerowie nie. Taka tam właśnie była Polska.
Podobnie podzielona Polska była w 1940 roku w Moskwie. Po podpisaniu porozumienia ze Stalinem z łagrów zaczęto wypuszczać polskich żołnierzy, z których Anders utworzył swoją armię. Ambasadorem Polski w Moskwie był Stanisław Kot, związany z Władysławem Sikorskim i nienawidzący Piłsudskiego. Gdy do ambasady docierali wycieńczeni żołnierze, dostawali tam nie tylko jedzenie i dokumenty, ale także i ciepłą bieliznę. Ale nie wszyscy. Dwaj bracia Piłsudskiego nie dostali ciepłych gaci, bo pisemnie (!) zabronił im je dawać sam ambasador Kot. Tak to wtedy wyglądało.
Przełom roku prowokuje do składania życzeń, zatem ja życzę nam wszystkim, byśmy się przyzwyczaili do tego, że nad Wisłą żyją dwa plemiona. I że te plemiona mają inne poglądy właściwie na wszystko. Warto tylko, by plemiona te różniły się w miarę ładnie.
Dwa plemiona
REKLAMA
REKLAMA




















