Równo z zakończeniem roku szkolnego pani minister edukacji zapowiedziała zmiany w organizacji edukacji. Zgodnie zresztą z tym, co rządzący zapowiadali w trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej, mają zniknąć gimnazja, a szkoła podstawowa, zwana powszechną (nie bardzo wychwytuję różnicę) ma trwać 8 lat. Po niej ma być albo 4‑ letnie liceum, albo 5 – letnia szkoła zawodowa. System jest mi dość dobrze znany, bo kończyłem 8-letnią podstawówkę, a potem przez 4 lata chodziłem do liceum. Tyle tylko, że było to ponad 40 lat temu.
Jeżeli o mnie chodzi, to w zasadzie jestem zadowolony z poziomu swojego wykształcenia, będąc jednak świadomym tego, że czas płynie i wymagania wobec dzisiejszych dzieci są znacząco inne, niż były w czasach, w których ja byłem dzieckiem. Jedno w zasadzie jest stałe, a mianowicie to, że szkoła powinna przygotowywać do życia, a efekt jej działania powinien być summa summarum korzystny tak dla jednostek, jak i dla społeczeństwa. I tu wydaje mi się jest sedno sprawy i dowód na to, że politycy nie rozumieją tego zagadnienia.
Jakoś nie wydaje mi się, by ci, którzy 20 lat temu wprowadzali gimnazja, jak i ci, którzy je dzisiaj likwidują, zadawali sobie to fundamentalne pytanie – czy to, co chcemy w szkole zmienić będzie służyło uczniom i społeczeństwu, a jeżeli tak, to w jaki sposób? Na przykład nigdzie nie dowiedziałem się, dlaczego w naszych szkołach tak powszechnie stosuje się egzaminy testowe. Nie słyszę też dziś, by reforma szkolnictwa miała te egzaminy zlikwidować lub chociażby znacząco ograniczyć. Test, czyli pytanie i cztery możliwe odpowiedzi, z których uczeń ma wybrać prawidłową, to sytuacja, która w zasadzie w życiu się nie zdarza. Owszem, na co dzień stawianych jest nam mnóstwo pytań i każdy dzień wymusza na nas podejmowanie setek decyzji, często bardzo ważnych, nigdy jednak nie mamy podanych w punktach możliwych odpowiedzi. Co więcej, w życiu najczęściej nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi. Jest ich więcej, tyle, że niosą ze sobą różne konsekwencje, często trudne do przewidzenia. Niekiedy dobra odpowiedź albo – inaczej mówiąc – optymalna decyzja podjęta dziś, za parę lat okazuje się pułapką. (Potwierdzą to wszyscy ci, którzy właśnie się rozwodzą). W życiu do podejmowania decyzji potrzebny jest mózg, a przede wszystkim to, co mózg powinien nam zapewnić, czyli myślenie.
Myślenie w ogóle się przydaje. Nie jest bowiem przypadkiem fakt, że jeden z najbogatszych ludzi na świecie, czyli wynalazca Facebooka, niczego nie zbudował, a całe swoje bogactwo zawdzięcza pomysłowi. W ogóle nie trzeba być specjalnie przenikliwym, żeby zauważyć, że dziś najpotężniejsze nie są te kraje, które dużo produkują, ale te, które stawiają na myśl. Chiny, które przez lata były fabryką świata, w której produkowano najtańsze trampki i koszulki, od kilkunastu lat stawiają na nowoczesne technologie. Wysyłają młodych ludzi na studia w USA i potrafią ich potem ściągnąć do kraju. Pod koniec ubiegłego stulecia kupowali magnetyczne pociągi w Niemczech, dziś sami takie pociągi i wymyślają, i produkują.
Od szkoły dziś wymagałbym zatem zdolności podsycania w dzieciach naturalnej ciekawości świata wyrażanej w niekończących i czasem denerwujących nas pytaniach – a dlaczego? Nowoczesna szkoła powinna trenować umysły i podtrzymywać w nich zdolność do szukania rozwiązań problemów. Powinna także uczyć pracy w zespołach, bo dziś największe problemy rozwiązuje się w zespołach, często ponadnarodowych. Ale o tym nie zająknęli się ani ci, którzy wprowadzali gimnazja, ani ci, którzy wypychali do szkoły sześciolatki (wtedy argumentem było to, że w innych krajach też do szkół chodzi się wcześniej niż u nas), ani wreszcie dzisiejsza pani minister edukacji.
Dają nam szkołę
REKLAMA
REKLAMA




















