Podstawowy problem polega na rzetelnej odpowiedzi na pytanie, jaka jest prawda o polskim górnictwie? I wbrew pozorom, odpowiedź ta nie jest wcale taka prosta. W dużej mierze wynika to z tego, że zbyt wiele osób zainteresowanych jest tym, żeby zmian nie było. Osób od lat w taki czy inny sposób żerujących na górnictwie. I będących osobami wpływowymi, w polityce, nauce czy gospodarce. Warto się jednak o kilka stwierdzeń pokusić.
Po pierwsze: nie jest prawdą, że całe polskie górnictwo jest deficytowe. Przede wszystkim trzeba oddzielić tzw. węgiel lubelski od węgla śląskiego, lubelski jest bowiem w zupełnie innej sytuacji – średnia cena wydobycia tony węgla nie przekracza tam bowiem 200 złotych. Jest to zatem kilkadziesiąt procent mniej niż średnia cena wydobycia na Śląsku. Ale i na Śląsku da się produkować z niezłym zyskiem, czego najlepszym przykładem są kopalnie prywatne. Także te, które należą do inwestorów zagranicznych. Mamy zatem wiele kopalń, które na siebie zarabiają i to pomimo tego, że ceny węgla spadły.
Oczywiście trudno jest porównywać wprost kopalnie do kopalni. Przede wszystkim chodzi o dostępność pokładów. Być może zatem są takie kopalnie, które rzeczywiście nadają się tylko do likwidacji? Pewnie tak, a przynajmniej część ich wyrobisk. Jednak zasadne wydaje się pytanie, czy wyższe koszty wydobycia wynikają tylko i wyłącznie z rodzaju i dostępności złóż? Wielu ekspertów, także polityków, którzy próbowali coś zrobić w branży, twierdzi, że problemem są także setki osób żerujących na polskim węglu. W różny sposób. Odcięcie tego wrzodu mogłoby znacząco obniżyć koszty. Tylko jak ten wrzód odciąć?
Wielu specjalistów zarzuca tym, którzy dzisiaj nie są w stanie produkować z zyskiem, że za mało inwestowali, w tańsze technologie wydobycia, na przykład lepszy sprzęt, ale, przede wszystkim w poszukiwanie nowych pokładów. Tyle tylko, że, o czym zresztą wielokrotnie słyszeliśmy w mediach, jak się już jakieś pieniądze w państwowych kopalniach pojawiały, to trudno je było wydawać na coś innego niż na podwyżki płac. O problemie związków zawodowych w górnictwie i ich destrukcyjnym wpływie na procesy restrukturyzacji napisano już zresztą tomy.
Trzeba też wspomnieć, że w wielu przypadkach różnica między cenami produkcji a cenami w sprzedaży detalicznej wciąż jest za wysoka, a zatem pojawia się problem pośredników. Również wielokrotnie podnoszony.
Czy jest zatem jakieś wyjście z sytuacji? Rząd chce zamknąć nierentowne kopalnie. Pracę stracą tysiące ludzi, a cały program ma kosztować kolejne miliardy złotych. Kolejne, bo na polskie górnictwo w taki czy inny sposób przekazano już, w zależności od szacunków, nawet prawie 100 mld złotych. Ale czy to rozwiąże problem?
Czy nam się to podoba, czy nie, przez następne kilkadziesiąt lat jesteśmy skazani na węgiel. A przede wszystkim jest na niego skazana branża energetyczna. Ewentualna próba zmiany tego stanu rzeczy oznacza dramatycznie wysokie wydatki, które poniesiemy my wszyscy. Musimy zatem przede wszystkim podjąć decyzję, czy ze względów strategicznych i bezpieczeństwa energetycznego chcemy utrzymywać polskie kopalnie. Polskie to znaczy należące do państwa polskiego. Jeśli tak, albo godzimy się na wyższe ceny, albo wreszcie znajdzie się ktoś, kto ograniczy wpływy tych wszystkich, którzy na węglu żerują.
Najprostszym rozwiązaniem byłaby prywatyzacja. Prywatny właściciel odetnie chore układy od razu, i będzie redukował koszty. Tyle tylko, że trudniej będzie wtedy o bezpieczeństwo energetyczne. No i, co jest jasne, jeśli naprawdę nie będzie się opłacało produkować, to kopalnie po prostu zamknie. Choć i w tym przypadku wyobrażam sobie górników strajkujących pod kancelarią premiera, żeby ten załatwił problem.
Co zatem zrobić? Prawdę mówiąc, nie zazdroszczę obecnie rządzącym. Tym bardziej że cena węgla raczej w najbliższym czasie nie wzrośnie. Bo gdyby wzrosła, problem by się rozwiązał sam. Choć nie do końca, bo patologie by zostały.
Górniczy węzeł gordyjski
REKLAMA
REKLAMA




















