Chwileczkę, polscy śledczy też w kilka dni po katastrofie mówili o winie załogi, tylko że wówczas podniósł się taki rwetes, że to niemożliwe, że jak można ferować wyroki w tak krótkim czasie. A co do zamknięcia śledztwa w sprawie Germanwings to jestem pewien, że mimo wszelkich oczywistości potrwa to jeszcze kilka lat. (A już zdziwienie, że francuscy śledczy słyszeli oddech drugiego pilota, a nasi spierają się o słowa, w zasadzie powinno się pozostawić bez komentarza, ale jednak powiem, że niezauważanie różnicy między 35‑letnią ładą a młodszym o kilkanaście lat renault jednak jest błędem).
Podobnie było ponad 6 lat temu w Nowym Jorku, gdy lecący do Seattle Airbus linii US Airways krótko po starcie zderzył się z ptakami i dzięki mistrzostwu kapitana Sullenbergera bezpiecznie wylądował na rzece Hudson. W tamtej sprawie śledczy mieli wszystko: świadków, maszynę, czarne skrzynki i wszystkie inne dowody. Śledztwo w tej oczywistej sprawie trwało półtora roku. Albo inna sprawa. W lipcu minie 15 lat od jedynej w historii katastrofy Concorde’a linii Air France. I chociaż to była jedyna katastrofa tej pięknej konstrukcji, to doprowadziła do zamknięcia tego niezwykłego projektu. Śledztwo w tej sprawie trwało 10 lat, chociaż już kilka dni po katastrofie śledczy mówili o kawałku metalu na pasie startowym, który uszkodził oponę, a potem przebił zbiornik paliwa samolotu. I tak było w istocie, co nie zmienia faktu, że pełne domknięcie sprawy było możliwe dopiero po 10 latach.
Wracając do TU‑154, to w grudniu 2010 roku przeczytałem książkę wydaną przez Prószyński i S‑ka, a napisaną przez rosyjskiego naukowca mieszkającego w Smoleńsku, Siergieja Amielina. Książka nosiła tytuł „Ostatni lot” i była podsumowaniem największego wówczas śledztwa internetowego w historii świata. Wszystko zaczęło się od spaceru Amielina, który jest hobbystą fotografem, i dzień po katastrofie wybrał się na spacer, i zrobił kilkadziesiąt zdjęć. Następnie wrzucił je do sieci, czym rozpoczął dyskusję, w której wzięło udział prawie 30 tysięcy osób z całego świata. Wśród nich byli konstruktorzy, mechanicy i piloci TU‑154. Byli psychologowie i eksperci lotniczy. Efekt został zamknięty na kilkuset stronach pełnych zdjęć i rysunków. Z czystym sercem mogę powiedzieć, że od przeczytania tej książki nie dowiedziałem się o katastrofie niczego nowego. Owszem, nie do końca wiem, dlaczego oni wówczas w ogóle wystartowali z Warszawy, chociaż jednocześnie wiem, że loty 36. pułku to zawsze była mieszanina presji i beztroski. Nie wiem, i tego też nie wiedział Amielin, ile osób było w kokpicie w momencie uderzenia maszyny w ziemię, ale chociaż jedna ponadproceduralna, to już było złamaniem przepisów, a dziś przecież wiemy, że było ich więcej, a spór dotyczy przede wszystkim tego, czy wśród nich był także generał Błasik. A gdyby go nie było, to znaczy, że wszystko było w porządku? No nie.
Słyszę, że nie mamy czarnych skrzynek. Ale jedną, tę polską mamy od początku. Nie ma tam żadnego wybuchu. Słyszę narastające żądania umiędzynarodowienia śledztwa i jestem w stanie wyobrazić sobie, co czują solidni fachowcy, specjaliści od badania wypadków lotniczych, którym publicznie zarzuca się niekompetencję. I wiem też, że gdyby rzeczywiście stworzono międzynarodową grupę śledczych, to doszłaby ona do identycznych wniosków jak te, do których doszła komisja Millera. Wiem też, że wtedy podniósłby się wrzask, że międzynarodowa komisja została zmanipulowana, bo – na przykład – pradziadek jednego ze śledczych urodził się w Petersburgu. Chciałbym, żeby 5 lat temu ktoś się zamachnął na nas. Zginęło wówczas 96 osób i wolałbym, żeby zginęli oni za sprawę, by byli ofiarami wielkiej polityki, a nie wielkiego bałaganu. Niestety dla nas wszystkich – to był bałagan.
Jeszcze o Smoleńsku
REKLAMA
REKLAMA




















