Mamy za sobą pierwsze tygodnie wakacji. Wszystko wskazuje na to, że nie będzie to rekordowy sezon dla branży turystycznej.
Jeszcze na długo przed najważniejszą częścią roku dla branży turystycznej zastanawialiśmy się, jak może ona wyglądać. Wiedzieliśmy, że zderzą się dwa trendy: z jednej strony spadające możliwości zakupowe Polaków, z drugiej zaś wyższe ceny wynikające przede wszystkim z rosnących kosztów funkcjonowania branży. Ale nie wiedzieliśmy, jak bardzo jedno i drugie odciśnie piętno, tym bardziej, że z trzeciej strony 2023 rok miał być pierwszym od 2019 rokiem normalnym. Nieskażonym pandemią, czy niezaburzonym wojną.
Co możemy powiedzieć po pierwszych tygodniach wakacji? Na pewno to, że Polacy ograniczają swoje letnie wypoczynkowe zakusy. Trwający prawie rok spadek realnych wynagrodzeń w połączeniu z potężnym wzrostem kosztu kredytu – a przecież wiele polskich rodzin jakiś kredyt czy leasing ma – spowodowało, że pieniędzy na wakacje wydajemy relatywnie mniej. Nawet jeśli wyjeżdżamy, to staramy się na przykład ograniczyć korzystanie z gastronomii. Mało tego: często jedzenie przywozimy ze sobą, bo nawet sklepy spożywcze wielkich sieci w znanych kurortach potrafią być odczuwalnie droższe od tych w mniej turystycznych miejscach. Z pewnością nie ma załamania rynku, ale zarówno nad morzem, jak i w górach czy na Mazurach turystów na razie jest mniej. Bardzo jestem ciekaw wyników dotyczących wojaży zagranicznych. Umacniający się złoty powoduje wzrost atrakcyjności wyjazdów, ale jeśli ktoś opłacił swoje wakacje w lutym czy w marcu, to wcale nie musiał na tym skorzystać. A w każdym razie nie w pełnym zakresie. Z drugiej strony widać wyraźnie na przykład w Krakowie, że do Polski wracają turyści zagraniczni. Ale z pewnością rekordu nie będzie. Co ciekawe, w powszechnej opinii uważa się, że ograniczenia wakacyjne, także w kontekście wczasów w Polsce, mniej dotyczą zamożnych. Tymczasem również luksusowe hotele niekoniecznie mają pełne obłożenie. I wiem co mówię, sprawdziłem dostępność w lipcu i w sierpniu w wielu miejscach, także w tych drogich, i z pokojami nie ma specjalnych problemów. Z małymi wyjątkami.
A ceny? Tu jest prawdziwe medialne zamieszanie. Od „paragonów grozy” do zapewnień przedstawicieli branży turystycznej i samorządowców, że wysokie ceny to tezy wyssane z palca. Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku. Ale w dyskusji o ich poziomie warto pamiętać o tym, że porównywanie do zeszłego roku nie do końca pokazuje pełny obraz. Szczególnie, jeśli chodzi o noclegi. Kilkuprocentowe wzrosty w 2023 roku w porównaniu do roku 2022 nie oddają w pełni sytuacji, bo właśnie już w zeszłym roku odnotowaliśmy w wielu przypadkach poważne podwyżki. Lepiej zatem opierać się na roku 2019, ostatnim – że się tak wyrażę – „normalnym”. No i tu już sytuacja wygląda znacznie gorzej. Ale prawdą też jest to, że już dzisiaj można zobaczyć spadki cen w porównaniu do poziomów z końca czerwca. Także w obiektach luksusowych. Często jest to poziom nawet o 40% niższy nie tylko w stosunku do czerwca, ale także do poziomów z zeszłego roku.
Czy wzrosty cen to przejaw pazerności branży turystycznej? I chęci odrobienia strat z ostatnich lat? Na pewno jesteśmy w stanie wskazać takie przykłady. Jednak trudno polemizować z tezą o wzroście kosztów. Mocno uderzył on właścicieli hoteli, pensjonatów, także pokoi do wynajęcia, a przede wszystkim branżę gastronomiczną. Podrożało prawie wszystko, bardzo często naprawdę wyraźnie. Drożsi są pracownicy, więcej trzeba zapłacić za nośniki energii, mamy wyższe ceny środków czystości, poszły w górę różnego rodzaju opłaty, parapodatki itd. itp. Wyliczankę można kontynuować. Trzeba też pamiętać o mocnym wzroście oprocentowania kredytów. Hotele, restauracje czy mieszkania z pokojami do wynajęcia często budowane są lub kupowane z pomocą kredytu. To też trzeba brać pod uwagę.
No i potężnie podrożała żywność. W lipcu tego roku w stosunku do lipca 2022 jej ceny średnio wzrosły prawie o 18%. Czy można się zatem dziwić, że w restauracjach jest coraz drożej? A jak nałożymy jeszcze na to wspomnianą przeze mnie chęć odrobienia sezonów 2020-2022 czy zbytnią pazerność, to kończy się ta układanka słynnymi „paragonami grozy”.
Ten sezon z pewnością nie będzie rekordowy. Wspomniane przeze mnie odczuwalne zubożenie odciśnie swoje piętno. Miejmy nadzieję, że przyszły rok będzie już lepszy pod tym względem. Ale niestety, z cenami, które pamiętamy sprzed kilku lat, musimy się pożegnać. Wakacje w Polsce już zawsze będą droższe, choćby przez wspomniany przeze mnie wzrost kosztów pracy. No chyba, że świat nawiedzi jakiś kataklizm, czego oczywiście sobie nie życzymy. Wakacje w Polsce będą droższe niż były, ale czy droższe niż zagranicą i czy za drogie dla bogacących się miejmy nadzieję Polaków, to już zupełnie inna kwestia.




















