Po drugie (i ważniejsze), to były pierwsze w Polsce wybory, po których przestała obowiązywać zasada, że na przemian rządzi postkomuna i postsolidarność. Przez 16 lat ci sami wyborcy potrafili w jednych wyborach poprzeć tych, którzy walczyli z PRL, by w następnych oddać swój głos na tych, którzy PRL budowali. To nie było ani zdrowe, ani normalne, ale jakoś ta polityka się toczyła bez nadmiernego urągania sobie.
Mleko się rozlało na początku 2006 roku, kiedy jasnym się stało, że siostrzane partie, jakimi do wyborów były PO i PiS, nie są w stanie razem rządzić, a z czasem okazało się także, że nie są w stanie normalnie ze sobą rozmawiać. Potem z tego sporu obie partie zrobiły właściwie sens swego istnienia. Czasami nawet wydaje się, że gdy język zaczyna łagodnieć, politycy partii rządzącej i największej partii opozycyjnej robią się zdezorientowani i zagubieni. Ale nie muszą długo czekać, bo wiadomo, że raczej wcześniej niż później ktoś coś palnie i zabawa rozpocznie się od nowa.
Dlatego sądzę, że walka z tym zjawiskiem zwanym „mową nienawiści” nie ma sensu. Obie strony tego po prostu chcą i nie jest to chęć, która bierze się znikąd. Obu partiom to się zwyczajnie opłaca. A to znaczy – ni mniej, ni więcej – że twardy język popierają wyborcy, czyli my.
Proszę zobaczyć, co się stało z partiami, których politycy mówili ciszej i łagodniej. Gdzie dzisiaj jest Partia Demokratyczna? Podobno jeszcze istnieje, ale na obrzeżach polityki. Gdzie jest PJN? Też podobno jest, ale nie w Sejmie. Ku zaskoczeniu wielu komentatorów w Sejmie znalazł się Ruch Palikota, ale patron partii jest jednym z liderów twardego słowa. Podejrzewam, że gdyby Janusz Palikot mówił grzecznie, to nie byłby dzisiaj w Sejmie. Tak to już jest, że co innego deklarujemy, a co innego robimy.
Kilka lat temu Agora zrobiła olbrzymie badanie rynku, i wyszło im z tego badania, że Polacy chcą codziennej gazety zajmującej się codziennymi bolączkami i zwykłymi problemami, a niekoniecznie polityką. Woleliby też, żeby gazeta taka nie epatowała seksem i przemocą. Słowem Polacy chcieli tabloidu, ale w wersji soft. I dostali.
Gazeta nazywała się chyba „Nowy dzień” i padła po niespełna 3 miesiącach. Bo ci sami Polacy, których tak gruntownie o wszystko wypytano, wchodzili potem do kiosku i kupowali „Fakt”. Prawda jest smutna. My po prostu chcemy słownej nawalanki i ją dostajemy. Nawalanka jest na razie tylko słowna, ale chyba tylko na razie…
Nawalanka
REKLAMA
REKLAMA




















