Nie potrafiło mi się pomieścić w głowie (i nadal nie potrafi), jak to było w ogóle możliwe, że ktoś, kto odebrał staranne wykształcenie, czytał Schillera i Rilkego, słuchał Bacha i Beethovena, z powodu histerycznych wrzasków jakiegoś faceta z fryzjerskim wąsikiem, potrafił bez mrugnięcia okiem, gdzieś na jakiejś zakurzonej polskiej, czy ukraińskiej ulicy, strzelić w głowę najpierw matce, potem dziecku, a następnie – z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – szedł do baru napić się sznapsa. Myślałem, że dobrze byłoby móc przenieść się w czasie o tych kilkadziesiąt lat i na spokojnie przyjrzeć się temu fenomenowi przemieniania się człowieka w bestię.
I oto nagle coś grzmotnęło, coś zagruchotało i nawet bez machiny czasu mogę się sprawie przyjrzeć. Nie w Niemczech, nie w stalinowskiej Rosji, ale u nas, nad Wisłą są ludzie, którzy piszą, że w związku z zalewem Europy przez uciekinierów z północnej Afryki, warto by było na nowo otworzyć obóz w Auschwitz (chociaż teraz, to chyba jednak w Oświęcimiu) i włączyć tam ponownie krematoria. Jest to tym bardziej przerażające, że w czasach obłędu nazistów, krematoria były powszechnie nieznane, były wynalazkiem właśnie wojennym mającym usprawnić nie tyle zabijanie, co pozbywanie się ciał.
Ci wszyscy moi rodacy wypisujący dziś te straszliwe komentarze nie mają żadnych wątpliwości i doskonale wiedzą, co to jest piec krematoryjny. A jednak to piszą. Dlaczego? No właśnie. Ciekawe, czy się z tego spowiadają, czy w ogóle nie uważają tego za nic złego, nic grzesznego? Z tego właśnie powodu niektóre media zablokowały możliwość komentowania swoich artykułów w Internecie. Pytanie tylko, czy takie mechaniczne odcięcie się od fali nienawiści i zbydlęcenia ma sens? Zamknięcie forum dyskusyjnego nie powoduje przecież zniknięcia takich poglądów, podobnie jak schowanie głowy pod koc nie jest najlepszą obroną przed duchami i strzygami.
I to jest dylemat niezwykle trudny do rozstrzygnięcia. Dać takim osobom prawo do wypowiedzenia się, czy cenzurować? W dobie multiplikacji mediów to, że ktoś się nie wyrzyga na naszym forum wcale nie oznacza, że nie zrobi tego tuż obok. Czy to, że powstrzymam się przed pokazaniem wypowiedzi posła do Parlamentu Europejskiego, który o uchodźcach mówi jako o „ludzkich śmieciach” ma sens? Przecież tę wypowiedź pokaże ktoś inny. I dalej; czy słowa te dyskredytują posła, czy wręcz przeciwnie – zwiększają jego popularność? Albo inny przykład. Czy pokazując posła, który jeszcze półtora roku temu był ministrem sprawiedliwości, a teraz poucza papieża Franciszka i najwyraźniej nie ma zielonego pojęcia, czym jest miłosierdzie, demaskuję go jako fałszywego chrześcijanina, czy też propaguję go jako „prawdziwego Polaka”, za którym – także po trochu dzięki mnie – pójdą kolejni wyborcy?
Zaiste nie wiem. A nie da się ukryć, że odpowiedzi na te pytania mają dla mnie znaczenie podstawowe, a może nawet fundamentalne (chociaż określenie „fundamentalizm” nie kojarzy mi się najlepiej). Chyba jednak jestem za tym, żeby nie dokonywać autocenzury. Jeżeli bowiem ktoś ma dobrze w głowie, to posłuchanie niemądrej wypowiedzi niczego mu w tej głowie nie zrujnuje. Natomiast jeżeli ktoś ma tam sieczkę, to niezależnie ode mnie, i od tego, co upowszechnię, ma z tą głową kłopot, ale przynajmniej za kilkanaście, a może za kilkadziesiąt lat, nie będzie mógł się wykręcać przed potomnymi, że nie wiedział, i że co złego to nie on.
Wielu moich znajomych odcina się na Facebooku od znajomych, którzy nagle zaczynają hejtować. Ja tak nie robię. Wolę wiedzieć kto jest kim, a nie zamykać się w świecie może nie idealnym, ale pozbawionym hejtu. (Ciekawe, że to określenie jest na tyle nowe, że komputer mi je podkreśla jako nieznane). Wiem, że bez hejtu świat byłby lepszy, ale wiem też, że takiego świata – przynajmniej dzisiaj – najzwyczajniej nie ma.
Nieproste dylematy
REKLAMA
REKLAMA




















