Zupełnie jak na Śląsku, gdzie władza od ponad tygodnia walczy bohatersko z chaosem, który sama wywołała decyzją o utworzeniu spółki Koleje Śląskie oraz powierzeniu jej (o czym pisałem osobno) zaprzyjaźnionym wyrokowcom z tzw. żółtymi papierami. Niestety, tę walkę władza również przegrywa, podobnie jak przegrała ją w Warszawie z tzw. tunelem średnicowym, w którym akurat w newralgicznym przedświątecznym dniu „siadło” sterowanie ruchem pociągów, co postawiło na głowie cały rozkład jazdy węzła warszawskiego, a zatem i ogólnopolski.
Warszawski dworzec w ogóle jest miejscem równie pechowym, jak nieodległy od niego Stadion Narodowy. Dopiero co otwarto go z pompą na piłkarskie mistrzostwa Europy, zachwalając nowoczesny „look” nie mniej, niż zachwycały się telewizje nowoczesnością lotniska w Modlinie, a już, okazuje się, trzeba Centralny będzie remontować po raz kolejny, bo w dizajnerskich pawilonach lecą szyby od drgań wytwarzanych przez pociągi (no, kto mógł te drgania przewidzieć?), spod marmurów wycieka woda, piękne okładziny odpadają…
Podobnie jak w Modlinie, czy na wspomnianym stadionie, winny jest oczywiście wykonawca. Wykonawca okazuje się dopustem bożym, tak jak powódź czy huragan. W spacyfikowanych przez władzę mediach, które nader niechętnie informują o owych obiektywnych, przejściowych i drobnych trudnościach, nikt oczywiście nie zadaje niemiłych dla władzy pytań, kto tych wykonawców wybrał i według jakich kryteriów.
Zresztą wielu wykonawców już nie ma. Pobankrutowali. Można powiedzieć − bardzo sprytnie pobankrutowali, w samą porę, bo teraz musieliby robić naprawy gwarancyjne, a tak nie muszą. Co będzie, jeśli sławny dach Stadionu Narodowego, co to się zamyka, ale nie w czasie deszczu, zacznie się osypywać jak nowoczesna fasada Dworca Centralnego? Co będzie, kiedy tuskowe autostrady, w rozpaczliwym tempie doprowadzane do „stanu przejezdności” na Euro, zaczną się „łuszczyć” jak pas startowy w Modlinie?
Ano nic nie będzie, bo wykonawcy tych pomników „Polski w budowie” kasę wzięli, a potem pobankrutowali, zanim zdołali ją od nich wyszarpać podwykonawcy. I gdzieś się z tą kasą zwinęli. W związki z czym ewentualne żądania napraw można sobie teraz wysyłać na przysłowiowy Berdyczów, czyli Cypr.
Nikt rozsądny nie spodziewał się, patrząc na „Polskę w budowie”, niczego lepszego. Bylejakość, pic, tuszowanie niedoróbek, otwieranie niedokończonych budowli, aby tylko premier zdążył przeciąć wstęgę (Stadion Narodowy do dziś nie jest formalnie ukończony, i pewnie nigdy nie będzie) − jasne było, że niedługo po mistrzostwach się to wszystko zacznie sypać. Ale że nie dotrwało nawet do świąt, to jednak zaskoczenie…
Polska po budowie
REKLAMA
REKLAMA




















