Priorytety władzy

0
Rafał A. Ziemkiewicz
REKLAMA

Usłużne media oczywiście zrobiły z „przeglądu ministerstw” cały wielodniowy serial, w którym codziennie kolejne resorty chwalą się znakomitym samopoczuciem i są za nie chwalone przez premiera, ale co właściwie ma z tego wynikać? Czy premier chce pokazać, że na co dzień nie ma z ministrami kontaktu i nie wie, czym się oni zajmują?
Osobiście sądzę, że wszystkie działania Donalda Tuska od wielu miesięcy mają dwie przyczyny. Po pierwsze − nie zamierza on kończyć kariery na premierostwie w średniej wielkości kraju środkowoeuropejskim. Interesuje go wysokie stanowisko w strukturach międzynarodowych. Najchętniej – kierowanie Radą Europejską po Van Rompuyu albo Komisją Europejską po Barroso. Praca wymarzona dla Tuska − lekka i prosta, niewymagająca praktycznie żadnych kompetencji poza „wypadaniem” w mediach, a zaszczyty i obrywy ogromne. Aby ten cel osiągnąć, musi Tusk podobać się zachodnim przywódcom, którzy o nominacji na te pozbawione praktycznej władzy, ale prestiżowe stołki nominują. Musi sam być europejskim prymusem, ale też zrobić europejskiego prymusa z Polski − stąd na przykład niezrozumiała dla polityków myślących kategoriami polityki krajowej determinacja, żeby jak najszybciej zrealizować eurowytyczne w sprawie wieku emerytalnego.
Wyciągnął też Tusk wniosek z losu Aleksandra Kwaśniewskiego, który za zaangażowanie w „pomarańczową rewolucję” nie dostał żadnej pracy na Zachodzie wskutek nieformalnego, ale skutecznego sprzeciwu Moskwy. Wniosek jest prosty − jeśli chce liczyć na europejską funkcję, nie może się narażać Putinowi. Tym − jeśli nie czymś jeszcze gorszym − można tłumaczyć graniczącą ze zdradą państwa bierność Tuska w sprawie katastrofy smoleńskiej.
Oczywiście, aby przejść na wymarzony szczebel unijny, musi lider PO utrzymać kontrolę nad sprawami w kraju. I tu dochodzimy do drugiej przyczyny jego postępowania. Tusk bardziej niż przegranej w wyborach obawia się przewrotu pałacowego w partii, który wsparliby − „przestawiając wajchę” − właściciele wpływowych mediów elektronicznych. Dlatego najważniejsze dla Tuska było zniszczenie Schetyny i osłabienie Komorowskiego, którzy, jak się zdaje, mieli już wstępnie umówiony scenariusz „nowego otwarcia” po zmarginalizowaniu Tuska, gdyby PO osiągnęła słabszy wynik w wyborach.
Właśnie obawa przed frakcjami na własnym zapleczu zadecydowała o takiej, a nie innej konstrukcji nowego rządu. Pozbyciu się ludzi, którzy zyskali sobie jako ministrowie dobrą opinię − jak na przykład Krzysztof Kwiatkowski − aby nie powtórzyła się historia Lecha Kaczyńskiego z rządu Buzka. Mianowaniu ministrów całkowicie uzależnionych od premiera, pozbawionych zaplecza, przeznaczonych, jak Arłukowicz czy Mucha, na „zderzaki” dla mediów. Ubocznym skutkiem takiej polityki była seria katastrof, która zapewne nie dobiegła jeszcze końca. Premier zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że koniunktura pierwszej kadencji dawno minęła i tak ministrowie dobrani pod frakcyjny klucz pewnie sobie nie poradzą, ale gdyby wiedział − wątpię, czy zrobiłby inaczej.
Nic dziś nie wskazuje, aby priorytety Tuska miały się zmienić. A skoro tak, to nie liczmy, że zmieni się jego działanie, że wyciągnie jakieś wnioski z porażek ostatnich stu dni. Zastanawiać się będzie co najwyżej nad skuteczniejszymi pijarowskimi sztuczkami.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze