Za owe 8 milionów PKP kupiła tak głębokie rady, jak ta, na przykład, żeby toalety utrzymywać w czystości, bo kiedy są obkakane i śmierdzą, to komfort pasażerów ulega obniżeniu. Kupiła też parę ciekawych projektów − na przykład, żeby, gdy pociąg się spóźnia, puszczać pasażerom muzykę i opowiadać dowcipy.
Nie trzeba było wywalać na ten cel ośmiu baniek (tak nawiasem, czyj to szwagier jest właścicielem firmy badawczej, chciałbym wiedzieć?). Wystarczyło obejrzeć stare komedie Stanisława Barei, wystawę plakatu kolejowego „podróż koleją skraca czas podróży pociągiem” czy „dzień pieszego pasażera”. Ileż to trzeba było zmienić, by się nic nie zmieniło!
Akurat w dniu ogłoszenia tego kolejnego sukcesu państwa polskiego musiałem dotrzeć z Krakowa do Katowic. W Internecie znalazłem poranne połączenie w godzinę i kwadrans (a zwykle ekspresy pokonują ten dystans w dwie godziny). Napisane było przy nim „InterRegioBus”, co naiwnie zrozumiałem, że widać Unia Europejska podarowała polskim dzikusom jakiś szybki szynobus. Niestety, rano w rozkładach dworcowych tego połączenia nie znalazłem, a pani w kasie poinformowała, że najbliższy pociąg za dwie godziny. Ależ, proszę pani, w internetowym rozkładzie stoi jak wół, 7.45 do Katowic, InterRegioBus. A, jak bus, to pewnie z dworca autobusowego, pan zobaczy. Faktycznie, na autobusowym w rozkładzie świeci się: 7.45 PKP zast. 18D. Pomknąłem na stanowisko 18D − faktycznie, na wyświetlaczu (Unia dała takie ładne, nowoczesne wyświetlacze) stoi jak byk: 7.45 Katowice. Już się pakuję do autobusu, ale na wszelki wypadek pytam − pan do Katowic? Nie, to do Częstochowy.
No i autobus do Częstochowy pojechał, 7.45 dochodzi, napis się świeci… Na szczęście tknęło mnie spytać jakichś kolejarzy stojących obok innego busu, na stanowisku z napisem 8.17 Gorlice. A, przypadkiem do Katowic to właśnie ten. Ten? Ale dlaczego tu? Na co kierowca: no, bo moje stanowisko było zajęte, to stanęliśmy na tym.
Nie miałem czasu szukać, gdzie czekają frajerzy wybierający się Gorlic i Częstochowy. Poprosiłem kierowcę o bilet, ale ten odesłał mnie do „drużyny konduktorskiej”, owych dwóch mundurowych kolejarzy. Bo to przecież nie autobus, tylko pociąg. Więc jak ruszył, dwóch konduktorów przeszło przezeń, kasując od tych nielicznych, którzy zdołali to połączenie odkryć. Połączenie przynajmniej szybkie, bo Unia wybudowała dzikusom autostradę − więc bus odległość między miastami pokonał w 45 minut, pozostałe pół godziny tracąc na przebijanie się przez zakorkowany Kraków i takież Katowice.
„Miś” wiecznie żywy!
Przytłoczenie „prylem”
REKLAMA
REKLAMA




















