Rentowność polskich obligacji przebiła właśnie poziom 7%. I to z pewnością nie koniec. Polskie państwo coraz drożej pożycza pieniądze.
Pamiętacie Państwo niektórych polityków albo ludzi związanych z obozem rządzącym, którzy dość lekko podchodzili do kwestii zablokowania nam przez Komisję Europejską środków unijnych związanych z Krajowym Planem Odbudowy? Określenie „poradzimy sobie bez tych środków” było dość powszechne w przestrzeni publicznej. Jednak byli i tacy – bodajże prezes NBP Adam Glapiński – którzy dawali do zrozumienia, że Polska tych środków w ogóle nie potrzebuje. Oczywiście wypowiedzi te miały charakter polityczno-PR-owski. Jednak przynajmniej część z nich była całkowicie na serio, to znaczy opierała się na konkretnych koncepcjach. Jakich? Ano takich, że przecież możemy sobie te środki pożyczyć, albo je wydrukować.
W kwestii pożyczania, od początku jasne było, że owszem, pożyczyć możemy, ale w takiej sytuacji zwiększamy i tak już mocno rosnące w wielkościach bezwzględnych zadłużenie. W dodatku będzie przecież jakiś koszt tego pożyczania. Z pewnością wyższy niż ten, który wiąże się z emisją unijnych obligacji w ramach programu New Generation EU. Bo ten program finansuje Krajowe Plany Odbudowy, czyli środki, których wciąż nie otrzymaliśmy. Teraz sytuacja się jeszcze skomplikowała. Rentowność polskich obligacji – czyli zysk dla kupujących, ale koszt dla emitenta, tj. dla polskiego państwa – przebiła właśnie poziom 7%. I to jeszcze nie koniec. Rok temu było to mniej niż 2%. Co to dokładnie oznacza? Ano to, że polskie państwo będzie musiało więcej płacić za to, że chce pożyczyć pieniądze. W sumie w tym roku razem z planowanymi emisjami na przykład Banku Gospodarstwa Krajowego może to być nawet dwadzieścia miliardów złotych, czyli prawie 5% planowanych dochodów do budżetu. Inna sprawa, że owe dochody też będą wyższe z uwagi na wyższą inflację. Nie zmienia to jednak faktu, że to „pożyczanie” zamiast korzystania ze środków unijnych oznacza dużo większe koszty.
Druga opcja to działalność NBP, bo taki był chyba sens zeszłorocznych wypowiedzi Glapińskiego w tym kontekście. Czyli kolejne drukowanie pieniędzy. Ale byłoby to wprost dolewanie oliwy do ognia. Ognia pod tytułem inflacja. Drukowanie pieniędzy po to, żeby wydać je na inwestycje jest oczywiście lepsze, niż drukowanie po to, żeby konsumować. Jednak tylko trochę lepsze. Bo akurat w tym momencie będzie oznaczało podtrzymanie, albo przyspieszenie i tak już horrendalnie wysokiej inflacji. Ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. A zatem to wszystko nie jest takie proste.
Lepiej więc, co było jasne od początku, żebyśmy jednak środki z KPO dostali. Tym bardziej, że teraz pojawiają się jeszcze dodatkowe elementy w układance. Na przykład taki, że spodziewam się pogorszenia sytuacji na świecie. Moim zdaniem 2022 będzie rokiem hamowania największych gospodarek, czyli USA, strefy euro i Chin. Prawdopodobnie wszystkie trzy wejdą w recesję techniczną. Jeśli tak będzie, wpłynie to także na Polskę. Zresztą my również podnosimy stopy procentowe i ograniczamy w ten sposób popyt wewnętrzny, czyli hamujemy gospodarkę. To podstawowy sposób walki z inflacją. Środki z KPO byłyby zatem elementem podtrzymującym wzrost. Oczywiście spadek dynamiki PKB i tak moim zdaniem zobaczymy, ale byłby on mniejszy.
Istnieje jeszcze kwestia walki z inflacją. Środki z KPO to dodatkowy popyt. A zatem coś, co w zbiciu inflacji nie pomaga. Jednak najpierw te miliardy euro trzeba przewalutować, czyli przepuścić przez rynek. A to będzie złotego umacniać. Z kolei mocniejszy złoty to niższe złotowe ceny na przykład surowców energetycznych. Czyli coś, co inflację hamuje. Zresztą impuls gospodarczy z tytułu inwestycji wspieranych środkami unijnymi oznacza w ogóle zmniejszenie ryzyka związanego z Polską. A to jest znowu czynnik umacniający złotego. No i poprawi się ocena sytuacji finansów publicznych. Nie dość, że gospodarka będzie większa, co polepszy wskaźniki bezpieczeństwa zadłużenia, to jeszcze wszystkie pomysły w stylu „sami sobie pożyczymy” nie będą miały sensu.
Pisząc te słowa nie wiem tylko, czy w kwestii KPO mamy przełom, czy tylko kolejne zagranie PR-owe. Czy owe „kamienie milowe”, które rzekomo osiągnęliśmy w negocjacjach z Unią, to tylko precyzyjne określenie tego, co musimy zrobić, żeby środki unijne dostać, czy też Polska spełnia już wymogi otrzymania pieniędzy na przykład dlatego, że Komisja Europejska zdecydowała się na nieco swobodniejsze podejście do warunków wypłaty.



















