Święta wielkanocne, z ekonomicznego punktu widzenia, bo i taki możemy rozważać, wyraźnie różnią się od świąt Bożego Narodzenia. Grudniowe święta wiążą się bowiem z zakupem różnego rodzaju upominków. W dodatku cały „sezon” zakupowy trwa dłużej, zaczyna się bowiem już pod koniec listopada. Wiadomo: mikołajki. Okres ten, jako okres wzmożonych obrotów w gospodarce, funkcjonuje już praktycznie na całym świecie, nawet w krajach, w których nie ma dużej liczby chrześcijan. W tym sensie Boże Narodzenie to szczyt komercji w czystej postaci. Wielu osobom, mnie również, nie do końca się to podoba, ale takie są fakty. Oczywiście przeżycia religijne i zakupy można połączyć. Wszystko zależny od tego, jak traktujemy oba obszary, co jest dla nas ważniejsze i czy potrafimy zachować umiar naszego konsumpcjonizmu. To jednak zupełnie inny temat.
Tak czy inaczej Boże Narodzenie to bardziej prezenty, niż wydatki związane ze stołem wigilijnym. W przeciwieństwie do Wielkiej Nocy. Tu głównie kupujemy żywność i to bardzo często lepszej jakości, droższą, aby podkreślić wyjątkowy charakter tych dni, szczególnie śniadania wielkanocnego. A zatem koszyk wielkanocny to koszyk składający się głównie z żywności i napojów.
Według oficjalnych danych Głównego Urzędu Statystycznego żywność i napoje bezalkoholowe potaniały w lutym 2015 roku o 3,7% w porównaniu z lutym 2014 roku. Danych za marzec jeszcze nie mamy, ale można się spodziewać mniej więcej takich samych rezultatów, od trzech miesięcy obserwujemy bowiem taki spadek cen. Pamiętajmy jednak, że mówimy tu o całej grupie produktów żywnościowych, jaką w koszyku inflacyjnym uwzględnia GUS. Tymczasem koszyk wielkanocny jest znacznie węższy. Oczywiście, jeśli chcielibyśmy być dokładni, to w rożnych częściach Polski koszyki te będą się różnić ze względu na inne, tradycyjne, potrawy. Jednak tak czy inaczej analizy pokazują, że taki przybliżony koszyk tanieje bardziej, niż cała GUS‑owska grupa produktów żywnościowych. Spadek cen w ujęciu rocznym może dochodzić nawet do 7,5%, a to już jest wielkość, którą z pewnością odczujemy w budżetach domowych.
Skąd ten spadek cen żywności? Z kilku powodów. Zbiory w ostatnim czasie były niezłe i dotyczy to całej Europy. W dodatku na Starym Kontynencie wciąż mamy do czynienia ze słabym popytem konsumpcyjnym. Oczywiście wydatki na żywność nie podlegają takim samym prawom jak wydatki na zakup sprzętu RTV, czy AGD – jeść musimy, nowy telewizor nie jest niezbędny. Ale i tu pewien zakres zmian także możemy zaobserwować. I trzeci istotny czynnik – swoje robi ograniczenie popytu na wschodzie. Co prawda jabłka, marchewkę, sałatę, czy inne produkty wciąż sprzedajemy do Rosji, tyle, że za pośrednictwem, na przykład, Białorusi, poza tym polskim producentom udało się znaleźć inne rynki zbytu, ale jednak nadpodaż odnotowujemy. I spadek cen z nią związany, także.
No właśnie. Nadpodaż to dobro dla konsumentów, ale jednocześnie coś, czego boją się producenci. Wielu z nich przechodzi trudniejszy okres. I wydaje się, że najbliższe miesiące dużych zmian nie przyniosą. Jedyna szansa na większe zyski to zwiększenie eksportu lub wprowadzenie elementu przetwarzania żywności. To drugie wymaga jednak zazwyczaj sporych nakładów i czasu. A zatem jedyna szansa to intensyfikacja poszukiwań odbiorców za granicą.
Tańsze święta
REKLAMA
REKLAMA




















