Po trzech tygodniach rosyjskiej inwazji na Ukrainę można już chyba zaryzykować wstępną ocenę tego największego po II wojnie światowej konfliktu zbrojnego w Europie. Przede wszystkim zdumiewająco twardy i skuteczny jest opór stawiany przez Ukrainę i nie jest to tylko – chociaż ten jest oczywiście najważniejszy – opór zbrojny. Znakomicie zachował się rząd Ukrainy, a codzienne wystąpienia prezydenta Zełenskiego wygłaszane z bombardowanego i masakrowanego Kijowa, podtrzymujące na duchu walczący naród i wspierające Ukrainę wolne narody, mają w sobie dramatyzm i siłę słynnych wystąpień Stefana Starzyńskiego, prezydenta oblężonej przez hitlerowców Warszawy w 1939 roku. Wspaniała jest postawa chyba całego narodu ukraińskiego. Okupanci nie są w stanie pozyskać żadnych kolaborantów, przypadki kolaboracji mimo ogromnej rosyjskojęzycznej populacji na Ukrainie są jak dotychczas nieznane. Budująca, piękna, wzruszająca w swojej solidarności jest postawa społeczeństwa polskiego i wielu innych narodów, ale z geograficznych i historycznych względów to Polska bierze na siebie największy wysiłek pomocy dla prześladowanego i zabijanego narodu ukraińskiego. Spontaniczne zachowania ludzi oddających swoje mieszkania, samochody, szukających jedzenia, miejsc do spania, lekarstw, opiekujących się małymi dziećmi – to wszystko, co oglądamy na ekranach telewizorów jest najwspanialszym przykładem człowieczeństwa i bezinteresownej miłości bliźniego. Jest tym, co nasz naród w takich chwilach potrafi dać innym. Jest też jednym z najpiękniejszych rozdziałów najnowszej historii Polski, pisanej na dworcach, granicach, w szpitalach, szkołach, wszystkich miejscach, gdzie Polacy pomagają walczącym o wolność, cierpiącym, prześladowanym i upokarzanym naszym sąsiadom.
Ostatecznie zakończył się smutny, tragiczny, krwawy rozdział naszych relacji. Obie strony mogą wyliczać swoje krzywdy, takich krzywd w historii pomiędzy narodami jest bardzo wiele. Kiedyś się kończą, tak jak krwawe karty wojen polsko-krzyżackich, polsko-szwedzkich czy polsko-tureckich, po których zostały daty w podręcznikach historii, pomniki i filmy historyczne. Ukraina, broniąc się przed zbrodniczymi rozkazami Putina, broni Europy i Polski, od dawna jest pełnoprawnym uczestnikiem europejskiej wspólnoty narodów, ale zasługuje na dodatkowe wsparcie na rzecz przyjęcia do wielkiej rodziny, jaką jest Unia Europejska, która powinna w tej kwestii wykazać wiele dobrej woli, zrozumienia i elastyczności w stosowaniu niezbędnych i koniecznych procedur. Nie chcę się pastwić nad rodzimymi geniuszami politycznymi lub agentami obcych mocarstw (zwłaszcza jednego), albo i jednymi, i drugimi, którzy bardzo aktywnie pracowali na rzecz pozostania naszego kraju na zewnątrz Unii. Nie słyszę ich i nie widzę, gdzieś poznikali, ale wiem, że trochę poczekają i znowu odezwą się swoimi słodkimi, patriotycznymi, narodowymi głosami z religijnym zaśpiewem. Jak to trzeba bronić się przed brukselską okupacją, bronić narodowej waluty przed złowrogim euro oraz pilnować tożsamości i zasad moralnych polegających na prześladowaniu innych i naszych ukwieconych pól przed zalewem lewactwa.
Putin już wiele osiągnął. Zjednoczył Unię i cały Zachód oraz Amerykę, jak nikt od dawna. Przegonił trumpowego stracha już chyba ostatecznie, uruchomił wojskową pomoc dla Ukrainy, o tym słusznie się nie dyskutuje i nie roztrząsa tych spraw, ale świetna zachodnia broń i bohaterski ukraiński naród tworzą połączenie, z którym zdemoralizowana i źle dowodzona armia rosyjska przegra. Jasno określił granice sojuszu i rozmiar poparcia, jest nim granica NATO i nieprowadzenie bezpośrednio wojny z Rosją, dopóki Rosja nie atakuje NATO. Na tym tle niezbyt poważnie wygląda kolejny polski wyskok przed szereg, który jak wszystko co pisowskie musi być traktowane w kategoriach propagandowych. Najpierw pomysł o wysłaniu na Ukrainę polskich Migów (pomysł nawet może niezły, ale fatalnie przeprowadzony, dyskutowany publicznie, spalony zanim został przedstawiony pod rozważanie.) Potem koncepcja jakiejś dziwacznej misji wojskowej, która w gruncie rzeczy oznaczała to samo, czyli wplątanie NATO w wojnę z Rosją. W dodatku pomysł ten także nie był uzgodniony z państwami NATO i natychmiast został odrzucony przez kraje Unii i oczywiście Amerykę. „Jeszcze we wtorek rano Centrum Informacyjne Rządu komunikowało, że delegacja reprezentuje Radę Europejską. Już po południu z Rady dobiegły sygnały, że kijowska delegacja nie ma formalnego mandatu, by reprezentować 27 państw UE. Jak mówi „Wyborczej” prof. Adam Daniel Rotfeld, żeby tego rodzaju misja miała charakter pokojowy, musi ją zaakceptować Rada Bezpieczeństwa ONZ. A stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa jest Rosja. Takie rzeczy się uzgadnia, nie deklaruje. Ta wojna już nauczyła nas, że niektóre rzeczy lepiej mówić po cichu. W środę po południu szef NATO Jens Stoltenberg powiedział, że Sojusz ‘nie planuje misji pokojowej na Ukrainie’. (Agata Kondzińska, Paweł Wroński, „Kulisy wyprawy premierów do Kijowa”, Gazeta Wyborcza z dn. 16.03.2022 r.).
Putin przegrywa i nie tylko nie zdobywa terenu, w najmniejszym stopniu nie realizuje swoich celów, ale posuwa się do coraz większego bestialstwa. Przyjmuje dziwaczną taktykę niszczenia miast, masakrowania ludności cywilnej, atakowania szpitali, szkół, budynków mieszkalnych. To jest droga, która może doprowadzić nie do defilady w Kijowie, ale do Hagi, chociaż na razie trudno to sobie wyobrazić. Degradacja Rosji jako wielkiego mocarstwa jest zdumiewająca i gigantyczna. Najnowsze wiadomości podają, że siły ukraińskie nie tylko zabiły kolejnego rosyjskiego generała (być może dla dodania odwagi to generałowie kierują natarciami mniejszych jednostek, lecz nie jest to raczej droga do sukcesu), ale odepchnęły armie Putina na 70 km od Kijowa. Coraz więcej i coraz nowocześniejszej, lepszej, bardziej skutecznej broni dociera na Ukrainę, co w połączeniu z walecznością i świetną organizacją sił ukraińskich nie wróży Putinowi sukcesu. Na tym tle dość żałośnie wygląda proszenie się przez wielkie mocarstwo, za jakie uważa się Rosja, o pomoc wojskową z Chin. Jest zrozumiałe, że dla dyktatury w Pekinie bliższa jest pod wieloma względami – zwłaszcza ideowymi – dyktatura w Moskwie. Nie wydaje się jednak, aby Chiny były specjalnie zainteresowane wyciąganiem z bagna ociężałego i pokiereszowanego rosyjskiego niedźwiedzia. W dodatku ciągle jeszcze jesteśmy na początkowym etapie funkcjonowania antyrosyjskich sankcji. Ten mechanizm nie działa od razu i siłą rzeczy jest powolny. Jednak w dłuższej perspektywie będzie skuteczny. Ukraina płaci bardzo wysoką cenę za bestialstwo, za które odpowiada Putin i otaczająca go przestępcza klika, ale Rosja zapłaci cenę większą, upadek autorytetu Rosji i jej prezydenta – tak bardzo widoczny – jest pierwszym etapem degradacji tego państwa.
Polacy jako społeczeństwo, samorządy, organizacje pozarządowe, szkoły, a przede wszystkim zwykli obywatele poświęcający się dla masakrowanej Ukrainy, zdają celująco swój egzamin z miłości bliźniego, moralności i empatii. Nieco gorzej egzamin ten zdają władze państwowe, ale uważam, że z natury rzeczy ociężała i powolna machina państwowa zasługuje na kredyt zaufania i także możemy zaobserwować wiele oznak dobrej woli i chęci pomagania.
Natomiast niereformowalna jest w wielu obszarach reżimowa propaganda. Mamy co jakiś czas wybuchy nienawiści do Tuska, opozycji, przeciwników „dobrej zmiany”, a także Unii Europejskiej. W najlepsze działają takie upiory, jak Izba Dyscyplinarna, KRS, odżywa smoleńskie kłamstwo. Główna tuba smoleńskiej propagandy Gazeta Polska powołuje się na autorytet prezydenta Zełenskego, który rzekomo mówił o „zamachu”, co nie jest prawdą. Pisowski propagandysta p. Sakiewicz powiedział w TVP Info, że to Donald Tusk pozwolił Putinowi zabić polskiego prezydenta. Rząd Tuska zrobił też wszystko, żeby uzależnić Polskę od rosyjskiego gazu. Konkurenci do pisowskich łask, pp. Karnowscy, twierdzą, że „agresja na Ukrainę każe na nowo popatrzeć na Smoleńsk”. I publikują po raz kolejny słynne zdjęcie zrobione na miejscu tragedii, mające być koronnym dowodem na udział Tuska w tym „zamachu”. Pojawił się też nieoceniony w takich sytuacjach Antoni Macierewicz, który stwierdził, że „nadszedł ostateczny czas, żeby wyciągnąć wnioski z dramatu smoleńskiego i ujawnić ‚prawdę’, którą ukrywali nie tylko tacy ludzie jak Tusk, ale i media, które powtarzały kłamstwa… Macierewicz i Sakiewicz nigdy nie mieli skrupułów, by na smoleńskich trumnach zdobywać władzę i pieniądze. W wojnie u naszych granic widzą szansę dla siebie. Nazywanie ich hienami to właściwie obraza dla tych pożytecznych przecież zwierząt”. (Wojciech Czuchnowski, „Hieny smoleńskie wykorzystują wojnę na Ukrainie, by wrócić do gry”, Gazeta Wyborcza z dn. 14.03.2022 r.).
W pełni się zgadzam, choć z drobnym uzupełnieniem, porównywanie Macierewicza itd. do hien jest obrazą dla hien, na co trafnie zwrócił uwagę red. Czuchnowski. Należy się jednak kilka słów wyjaśnienia, hieny nie są tylko padlinożerne, a jedzenie padliny czy odchodów to nie jest żadna ujma w świecie zwierząt, odżywia np. czczone i szanowane, piękne, błyszczące skarabeusze. Hieny nie są tchórzliwe, podłe, nie kłamią, nikogo nie oskarżają fałszywie, ani nie publikują plugawych tekstów, nie podlizują się władzy, np. lwom. Bronią dzielnie młodych, są odważne, towarzyskie, dzielą się pożywieniem. Jest ciężką, niezasłużoną zniewagą nazywanie złodziei cmentarnych lub pisowskich propagandystów hienami, wynika to najpewniej ze stereotypów i nieuctwa. Za pisowskich nieuków bardzo te sympatyczne ssaki przepraszam.



















