Bad Company i Straight Shooter

0
fonograf - Paul Rodgers
REKLAMA

To był drugi album w dyskografii tego kwartetu, określanego mianem supergrupy. Ukazał się pół wieku temu i po znakomitym, rok wcześniejszym debiucie ugruntował jego pozycję w świecie rocka.
Stali Czytelnicy tej rubryki wiedzą, że Paul Rodgers należy do wąskiego grona moich ulubionych wokalistów w historii rocka. Dlatego też co jakiś czas przypominam albumy sygnowane nazwami zespołów Free oraz Bad Company, których był współzałożycielem.

W tamtych odległych czasach mianem supergrupy określano formacje, które zostały utworzone przez byłych członków znanych i cenionych zespołów. Po rozpadzie zespołu Free Złe Towarzystwo było kolejną inicjatywą Paula Rodgersa wspartego przez gitarzystę Micka Ralphsa, grającego wcześniej w popularnej w tamtych latach grupie Mott The Hoople. Dołączyli do nich: kumpel Rodgersa z Free, solidny pałker – Simon Kirke oraz basista zespołu King Crimson – Boz Burrell. W przypadku tego ostatniego poszukiwania, a raczej przesłuchania trwały (według Micka Ralphsa) naprawdę długo. Burrell był szesnastym basistą, który ostatecznie znalazł się w składzie Bad Company. Stawka muzyków była zatem doborowa.

Managerem zespołu został bardzo ceniony w branży muzycznej Peter Grant. Gość, który walnie przyczynił się do tego, że kilka lat wcześniej Led Zeppelin okrzyknięto najlepszym zespołem na świecie. Dzięki niemu Bad Company zaczął nagrywać w Swan Song – wytwórni należącej do Zeppów. Trzeba jednak stwierdzić, że taki stan rzeczy nastąpił głównie dzięki temu, że Grant doskonale znał i cenił dokonania Paula Rodgersa.
Z muzyką Złego Towarzystwa zetknąłem się w 1974 roku, kiedy to wydany został debiutancki album zatytułowany po prostu Bad Company. Zespół od razu przypadł mi do gustu, bo brzmiał podobnie jak Free, czyli jeden z moich ulubionych bandów. Na debiutanckiej płycie Bad Co. zaprezentował jednak – jak to się wtedy określało – bardziej heavy rockowe brzmienie. Niepowtarzalny Free sytuował się bowiem bliżej bluesa.
Ten bestsellerowy krążek przyniósł świetne numery. Oprócz tytułowego, były to bardzo dobrze sprzedające się Can’t Get Enough i Movin On oraz Rock Steady, a także znany jeszcze z repertuaru Mott The Hoople utwór Micka Ralphsa – Ready For Love.
Drugi album Bad Company był dla mnie pierwszym, jaki dzięki audycji Piotra Kaczkowskiego poznałem w całości. Chyba właśnie dlatego bardzo go lubię, może nawet najbardziej ze wszystkich czterech pierwszych (zarazem najlepszych) płyt kwartetu. Jednak do sedna.

REKLAMA (2)

Płytę Straight Shooter otwierał kapitalny rockowy killer Ralphsa Good Lovin’ Gone Bad. To właściwie kwintesencja stylu Bad Company. Solidny gitarowy czad, mocarna sekcja rytmiczna i ten drapieżny „czarny” wokal Rodgersa. Potem było ciut spokojniej, ale kompozycyjnie chyba jeszcze lepiej. Feel Like Makin’ Love zniewalał swoim wewnętrznym żarem i dramaturgią. Do dziś pozostaje moim ulubionym numerem z tego krążka. Paul Rodgers tak o nim mówił: Zacząłem pisać ten utwór, gdy miałem zaledwie 18 lat, ale podświadomie czułem, że czegoś mu wtedy brakowało. Kiedy zaprezentowałem go Mickowi, dodał do niego tę niesamowitą gitarę. Wtedy uznałem, że jest skończony.
Oba utwory zostały wydane na singlach i stały się żelaznymi pozycjami koncertów zespołu.
Trzeci na krążku Weep No More był jednym z dwóch utworów napisanych przez Simona Kirke’a (drugim była Anna). Przyznam jednak, że choć to całkiem zgrabne numery, zaliczyć je należy do mniej nośnych na płycie.
Pierwszą stronę winylowej płyty zamykała nawiązująca klimatem do ballad Free kompozycja Shooting Star. Była to opowieść o młodym człowieku, który zdobył sławę rockandrollowca zdobywającego szczyty list przebojów. Niestety jego życie przeszło obok, jak ciepły letni dzień i pewnej nocy zmarł z butelką whisky i tabletkami nasennymi przy łóżku.

REKLAMA (3)

Drugą stronę otwierał zadziorny, oparty na świetnym riffie kolejny killer Deal With The Preacher. Potem wkraczała solidna kompozycja Wild Fire Woman. Obie były autorstwa spółki Rodgers–Ralphs i dowodziły, że kompozytorska siła bandu tkwi właśnie w tych muzykach. Po wspomnianej wcześniej Annie następował finał albumu w postaci Call On Me, ballady opartej na łagodnych brzmieniach i wysmakowanej aranżacji. Ta, obok Shooting Star, najdłuższa na płycie kompozycja była (podobnie jak Shooting Star) dziełem wyłącznie Rodgersa.
Album Straight Shooter stał się świadectwem większej muzycznej dojrzałości zespołu, ukształtowanego myślenia artystycznego i potwierdzeniem własnego oryginalnego stylu. Dotarł do trzeciego miejsca brytyjskiej listy bestsellerów, natomiast w Ameryce wyniki sprzedaży zapewniły mu status Złotej Płyty.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze