Opus magnum The Eagles

0
REKLAMA

Opus magnum The Eagles15 stycznia, 45 lat temu, na szczycie amerykańskiej listy bestsellerów znalazł się album zespołu The Eagles – Hotel California. Miesiąc wcześniej pokrył się platyną.
Album wyprodukował Bill Szymczyk między marcem a październikiem 1976 roku w studiach Criteria w Miami oraz Record Plant w Los Angeles. Był to pierwszy longplay The Eagles z gitarzystą Joe Walshem, który zastąpił współzałożyciela – Berniego Leadona, i ostatnim, na którym wystąpił basista – Randy Meisner.
Pamiętam, że gdy płyta trafiła w moje ręce i gdy przegrałem ją na taśmę, słuchałem jej bez szczególnych uniesień. Nawet tytułowa kompozycja nie robiła na mnie jakiegoś wyjątkowego wrażenia. Dla skoncentrowanego na solidnym hardrockowym łomocie nastolatka było zbyt łagodnie. Uznanie przyszło z czasem. Muszę jednak wyznać, że już po pierwszym przesłuchaniu zachwycił mnie utwór finałowy – The Last Resort. Nie tyle nawet poważnym tekstem, którego wówczas nie rozumiałem, ile swoją melodią i subtelną aranżacją. Ta niezwykła ballada, utrzymana w klimacie częstego wówczas tańca-przytulańca, za moją przyczyną stała się żelaznym punktem naszych licealnych domówek. Urokliwe wielogłosy w tej rozbudowanej i pięknej kompozycji wzmagały, jak mi się wtedy wydawało, pragnienie miłości w naszych nastoletnich sercach. Wielogłosy te ubarwiły także inne łagodne ballady, zdominowane brzmieniem instrumentów klawiszowych: New Kid In Town, Wasted Time oraz Pretty Maids All In A Row. Całość płyty dopełniały bardziej zadziorne kompozycje w rodzaju Life In The Fast Lane, Victim Of Love oraz Try And Love Again z akustyczno-elektrycznym duetem gitar.

Glen Frey, współzałożyciel zespołu, w roku wydania płyty powiedział, że bada ona ciemne strony sukcesu, mroczną siłę raju. To sformułowanie stało się najbardziej adekwatne w odniesieniu do kompozycji tytułowej, której tekst jest wciąż interpretowany na wiele różnych sposobów. Według jednej z popularniejszych koncepcji opowiada o uzależnieniu od narkotyków, zwłaszcza od kokainy. Taką teorię potwierdzać ma wers, który traktuje (ponoć) o zdradzieckim działaniu tego szybko uzależniającego prochu: możesz się wymeldować, kiedy tylko chcesz, ale nigdy stąd nie wyjedziesz. Oto jednak słowa współtwórcy kompozycji – Dona Henleya: To utwór o mrocznej stronie amerykańskiego snu, o amerykańskim czerpaniu z życia garściami (…) to symbol amerykańskiego show-biznesu muzycznego drugiej połowy lat 70., który charakteryzował się posuniętą daleko poza granice zdrowego rozsądku filozofią „sex and drugs and rock’n’roll”.

REKLAMA (3)

Jamie Dickson w książce 1001 albumów muzycznych w odniesieniu do utworu napisał: Po części deliryczna wędrówka, po części balladowy thriller, melodyjne tempo i ostre linie gitary przywodzą na myśl miejsce, gdzie diabeł czai się za drzewami palmowymi i powitalnymi uśmiechami. Jednym z najbardziej pamiętnych w historii rocka jest tu pojedynek gitarowy między Joe Walshem a Donem Felderem.

REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze