Stonesi jak wino

0
fonograf
REKLAMA

Dziś, z pewnym poślizgiem, bez mała miesiąc po premierze, o ostatnim albumie The Rolling Stones. Wydany 20 października krążek Hackney Diamonds wprawił fanów rocka w osłupienie, a wielu nawet zwalił z nóg.

To pierwszy album Stonesów zawierający oryginalny materiał od czasu wydania A Bigger Bang w 2005 roku, pierwszy również od śmierci perkusisty Charliego Wattsa, który w 2019 roku przyczynił się do powstania kilku zamieszczonych tu utworów. Podczas rejestracji materiału gościnny udział wzięli: Elton John, Lady Gaga, Paul McCartney, a także Stevie Wonder i były wieloletni basista bandu – Bill Wyman.

Medialny szum dotyczący płyty pojawił się stosownie wcześniej. Ze strony managementu grupy zostało wszystko precyzyjnie i z odpowiednią dramaturgią zaplanowane. Ot, dla przykładu, 4 września oficjalnie ogłoszono rychłe wydanie albumu oraz plany dotyczące transmisji na żywo. 6 września transmisja z Hackney Empire Theatre w Londynie została wyemitowana na oficjalnym kanale zespołu w serwisie YouTube. Prezenter telewizyjny Jimmy Fallon przeprowadził wtedy z zespołem wywiad, w którym ujawniono zestaw utworów, datę premiery albumu i oraz listę znamienitych, gościnnie występujących artystów.

REKLAMA (2)

Teledysk do otwierającego płytę utworu Angry miał swoją premierę po zakończeniu wywiadu. Jadącej w nim czerwonym kabrioletem po ulicach Los Angeles aktorce Sydney Sweeney, Stonesi śpiewając, wyłaniają się z wielkich billboardów.

Gdy płyta się ukazała, Jem Aswad z Variety, wyrażając uznanie dla producenta Andrew Watta i gitarzystów, określił ją jako „najżywsze dzieło Stonesów od 40 lat”. W The Wall Street Journal Mark Richardson nazwał album „bardzo świeżym” i pochwalił za innowacyjne miksowanie, które wraz z brzmieniem odróżniło go od poprzednich wydawnictw.

Miks i brzmienie albumu to wielka zasługa Andrew Watta, utalentowanego muzyka, ale przede wszystkim producenta. Ten młody człowiek, z pokolenia stonesowskich wnuków, wsparty został przez znakomity sztab inżynierów dźwięku. To przysnioło znakomity efekt.
Piosenki nagrywano i miksowano w Londynie, Los Angeles, Nowym Jorku oraz na Wyspach Bahama. Właściwie nic nie wydarzyło się przypadkiem i, co bardzo prawdopodobne, nie było wiele miejsca na spontan, a mimo to udało się zachować spójność i młodzieńczą świeżość całości.

Powstał album bogaty aranżacyjnie i wysmakowany producencko. Na swój sposób ujmujące jest w nim to, że choć pojawiają się wielcy artyści, nikt z nich nie gwiazdorzy. Paul McCartney chwyciwszy za bas, dał jego sfuzzowanym soundem grunge’owego kopa zadziornemu, pełnemu energii, niemal punkowemu Bite My Head Off. Elton John z kolei zasiadł przy fortepianie, by zabrzmieć w bujającym Get Close oraz pulsującym bluesową nutą, tanecznym Live By the Sword. Stevie Wonder zagrał ujmująco na pianinie Rhodesa, fortepianie i moogu w pełnym soulowego rozmachu, a jednocześnie subtelnym Sweet Sounds of Heaven, w którym z pasją i gospelowym zacięciem zaśpiewała również Lady Gaga.

Na płycie pojawiły się charakterystyczne dla Stonesów riffy i patenty (Angry czy Whole Wide World). Znalazły się ballady nieustępujące tym klasycznym z lat chwały, takie jak Depending On You czy zaśpiewana przez Richardsa gorzka i refleksyjna Tell Me Straight.
W folkowo-bluesowe rejony przeniósł słuchacza chwytający za serce Dreamy Skies, a wieńczący dzieło Rolling Stone Blues Muddy’ego Watersa zabrzmiał jak nostalgiczny powrót do korzeni i zarazem klamra spinająca 60 lat studyjnej działalności grupy.

REKLAMA (3)

Wyszedł album, którego chce się słuchać. Oczywiście Hackney Diamonds nie detronizuje pomnikowych krążków z przełomu lat 60. i 70., ale sprawia, że podobnie jak tamtych słucha się go z olbrzymią satysfakcją.

Tytuł płyty, co należy wspomnieć, z jednej strony może odnosić się do londyńskiej dzielnicy Hackney, z drugiej, tej istotniejszej, wyrażenie hackney diamonds to stare slangowe wyrażenie używane przez wschodnich londyńczyków na określenie potłuczonego szkła, a w szczególności odłamków pozostałych po rozbitych w wyniku włamania szybach samochodu lub sklepu.

Tak poza wszystkim, już prawie na koniec, w Depending On You Jagger zapodaje nośny tekst. To, jak sądzę, stosowne motto dla ludzi w moim wieku: Jestem za młody, by umierać, i za stary, by przegrywać. To miała być pointa. Raz jeszcze jednak nawiążę do tytułu płyty. Pomyślałem, że oto w dzisiejszym – będącym jak roztrzaskana szyba – świecie, tak niewiele jest tego, co trwałe. Dla mnie, poza kilkoma najważniejszymi wartościami, pozostał jeszcze rock. Jest tak zapewne dlatego, że od pół wieku mam w głowie tekst Stonesów: it’s only rock’n’roll, but I like it.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze