Urodziny „Slowhanda”

0
REKLAMA
Urodziny Slowhanda
fot. Krzysztof Borowiec

O nim samym i jego gitarowej sztuce napisano setki opracowań. Od lat i to nierzadko używa się jego pseudonimu – Slowhand, światu pozostaje jednak znany jako Eric Clapton. Ten wybitny gitarzysta, który już dawno stał się legendą, 30 marca obchodzi 78. urodziny.

W listopadzie 2021 roku ukazała się jego ostatnia płyta, zatytułowana The Lady in the Balcony: Lockdown Sessions. Pół roku wcześniej Clapton miał zaplanowane koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Pandemia pokrzyżowała te plany i koncerty odwołano. Artysta opowiedział się zresztą przeciwko „sanitarnej segregacji” publiczności, od której w tamtym czasie zaczęto wymagać „paszportów covidowych”. Uznał więc, że najlepszą alternatywą dla występów na żywo jest granie do mikrofonów i kamer. To w efekcie doprowadziło do zorganizowania kameralnego występu zarejestrowanego w wersji zarówno audio, jak i video.

Pomysł na rejestrację podsunęła artyście jego żona, Melia, po tym, jak w lutym 2021 roku odwołano wspomniane koncerty w Royal Albert Hall.

REKLAMA (2)

Materiał, który wypełnił płytę, został zarejestrowany w wiejskiej posiadłości Cowdray House, nieopodal Londynu, gdzie w zabytkowych wnętrzach organizowane są m.in. wesela. Konwencja przypominała słynny koncert z 1992 roku, wydany w serii MTV Unplugged. Jedyną osobą na widowni była Melia i stąd właśnie tytuł albumu: The Lady in the Balcony. Mistrzowi gitary towarzyszyli: basista Nathan East, perkusista Steve Gadd i grający na klawiaturach Chris Stainton. Płyta, jakkolwiek zawiera i lekkie fragmenty, jest hołdem dla muzyki bluesowej. Nic dziwnego, bo Clapton pozostaje jednym z ostatnich żyjących wielkich bluesmanów.

Blisko pół wieku temu legendarny B.B. King tak się wyraził o jubilacie: Jest indywidualistą, jest jedyny w swoim rodzaju. Jest bardzo wszechstronny: może zagrać wszystko, co tylko zechce. Ale bluesa gra z uczuciem; kiedy on gra, to jest to prawdziwy blues.

Według Claptona to właśnie B.B.King, obok Muddy’ego Watersa i Chucka Berry’ego, miał największy wpływ na brytyjską falę bluesa z lat 60. Uważał, że: ogólnie biorąc, biały blues jest imitacją czarnego, biali grający tę muzykę muszą przykładać wielką wagę do rzemiosła, do spraw warsztatowych i jedynie w sferze instrumentalnej mogą się zbliżyć do czarnego wzorca.

REKLAMA (3)

W maju 1965 roku Clapton związał się z Johnem Mayallem. Nagrany z nim album (pod szyldem Bluesbreakers) stał się fundamentem swojego gatunku. Clapton nie był wówczas kompozytorem, dążył jedynie do perfekcji wykonawczej muzyki, która go fascynowała. Niezadowolony ze swojej gry opuścił na cztery miesiące zespół, by z formacją Glands regularnie ćwiczyć i rozwijać styl. Już w czasach Bluesbreakers doczekał się niezwykłego uznania. W 1966 roku w tunelu londyńskiego metra pojawił się napis: Clapton jest Bogiem.

Zanim jednak znalazł się w Bluesbreakers, występował z The Yardbirds, legendarną kapelą brytyjskiej sceny bluesrockowej. Gdy miał dwadzieścia lat, opuścił formację. Odszedł, bo uważał, że koledzy zanadto oddalili się od muzyki, którą uwielbiał, muzyki o czarnych korzeniach. Jego dobry kolega, wybitny gitarzysta – Jeff Beck, na łamach pisma „Guitar Player” tak się wyraził w 1980 roku: Kiedyś obaj graliśmy tylko bluesa. I on był lepszy. Myślę, że potrafi grać bluesa lepiej niż ja, ponieważ drobiazgowo go studiuje i pozostaje mu wierny.

Po Bluesbreakers nadszedł czas na Cream, zespół, którego koncepcje brzmieniowe wywarły olbrzymi wpływ na muzykę rockową następnej dekady. Mimo dystansu, z jakim Clapton patrzył na dokonania Cream, właśnie wtedy doczekał się największej pochwały, na jaką mógł zasłużyć biały wykonawca bluesa – uznano, że brzmi jak czarny.

Potem przyszedł czas na Blind Faith, z którym artysta nagrał tylko jedną płytę. Poszukując anonimowości, w 1969 roku przyłączył się do wieloosobowej amerykańskiej grupy Delaney & Bonnie and Friends. Wśród przyjaciół Bonnie i Delaneya znalazł muzyków, z którymi pod szyldem Derek and the Dominos zarejestrował album Layla and Other Assorted Love Songs, zawierający klasyczną kompozycją tytułową. Layla była muzycznym wyrazem miłości Claptona do Patti, żony największego przyjaciela – George’a Harrisona, i trzeba przyznać, że w pewien sposób sygnalizowała okres życiowego zapętlenia się muzyka. Emocjonalne tarapaty sprawiły, że na długi czas odjechał w narkotyczne światy i byłby zapewne podzielił los innych muzyków, gdyby nie przyjaciele z Petem Townshendem (The Who) na czele. To oni pomogli mu w zmaganiach z nałogiem i namówili na wspólny koncert, udokumentowany płytą Rainbow Concert. Przywrócenie artysty życiu warunkowała jednak skomplikowana kuracja odwykowa. Na szczęście powiodła się.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze