Jak samochód zadrwił z właściciela

0
Drogi zakup okazał się niewypałem
REKLAMA

Radość trwała krótko. Godzinkę. Pan Tadeusz z Tarnowa odebrał nowiutki samochód z salonu Renault, ruszył w drogę i już po niespełna 60 minutach było po radości. Za to był duży stres. Pan Tadeusz miał zamiar pojechać nowym autem do pracy, ale pojazd, pozostawiony na niedługo przed domem, już nie odpalił. Udało się go uruchomić po kolejnej godzinie. Podobne historie zaczęły się powtarzać regularnie. Serwis był zupełnie bezradny, a pełnomocnik firmy sugerował, że powodem kłopotów może być nie wada pojazdu, ale… jego kierowca.
– Pewnie zna pan tę radość, która towarzyszy człowiekowi po zakupie nowego samochodu? Zdecydowałem się na spory wydatek, ponad 63 tys. zł, ponieważ ze względu na specyfikę mojej pracy muszę mieć pojazd niezawodny – opowiada pan Tadeusz. – Do tej pory miałem dziesięcioletni samochód, a ponieważ obawiałem się, że ze względu na wiek i przebieg może już zawodzić, postanowiłem kupić nowy. Gdybym wiedział, co mnie czeka, zostałbym jeszcze przy starym…
Przez ostatnie miesiące nabywca renault captur zamiast się nim cieszyć, ciągle się frasował. Zresztą to mało powiedziane. Ilekroć wsiadał do pojazdu, nie wiedział, co go czeka. Czy auto odpali czy nie, a jeśli odpali, to czy zaraz nie zgaśnie, a jeśli zgaśnie, to kiedy znów da się go uruchomić itd. Czasem renault miał tak, że jechał, jechał i nagle postanawiał odpocząć. Przy okazji w zestawie wskaźników wyświetlały się jakieś ostrzegawcze komunikaty, nie wiadomo tylko, czy prawdziwe. Pan Tadeusz nie mógł już przewidzieć, czy zdąży na czas do pracy albo na prywatne spotkanie, bo właśnie zaliczył kilka poważnych wpadek.

Złośliwe auto
– Nabawiłem się wręcz nerwicy. Ile razy wchodziłem do samochodu, żeby udać się w drogę, czułem, jak mi skacze w górę ciśnienie. Bałem się, że znowu będę dzwonił po lawetę.
Serwis, i owszem, zajął się sprawą kapryśnego samochodu. Ale samochód – jak to przedmiot martwy – okazał się jeszcze bardziej złośliwy niż można było podejrzewać. Gdy tylko odbył wycieczkę lawetą do autoryzowanego serwisu, natychmiast odzyskiwał tam moc.
Na monity właściciela samochodu, który domagał się wymiany felernego samochodu bądź zwrotu gotówki, kancelaria prawna, która obsługuje firmę dilerską, odpowiadała, że w czasie niespodziewanych wizyt pojazd został dokładnie zdiagnozowany i przetestowany przez mechaników, a „jego silnik odpalał za każdym razem bez najmniejszych problemów”.
Wyglądało na to, że samochód kpi sobie albo z właściciela, albo z mechaników. Pełnomocnik firmy, która sprzedała auto i udzieliła nań gwarancję, uznał, że być może przyczyna tkwi w czym innym czy raczej… w kim innym. Czyli w kierowcy. Możliwe, że firma, gdyby była niegrzeczna, napisałaby wprost: drogi kierowco, nasz samochód to poważne techniczne wyzwanie, a pan prawdopodobnie nie wie, jak temu wyzwaniu sprostać, jak uruchamiać pojazd i jak nim jeździć. Nasz samochód to wynalazek najnowszej generacji przemysłu motoryzacyjnego, a nie byle co. Proszę wziąć to pod uwagę i dać nam wreszcie spokój.

REKLAMA (3)

Dobrze naciskaj…
Ponieważ jednak firma, z którą pan Tadeusz wszedł w interes, zna się na kulturze, rzecz całą ujęła w eleganckiej formie: „(…) problem z odpalaniem auta mógł być spowodowany niewłaściwym jego użytkowaniem”. Pełnomocnik dilera w szczegółach wyjaśnia, jak w przypadku uruchamiania silnika w renault captur naciska się sprzęgło, hamulec i coś tam jeszcze.
Pan Tadeusz sumiennie zapewniał, że umie uruchamiać motor w tym nadzwyczajnym samochodzie, w końcu żadna to sztuka. Był w stanie w każdej chwili to udowodnić. Problem w tym, że samochód znowu zaczął szwankować. Kiedy włączyły się lampki kontrolne z rozmaitymi ostrzeżeniami, renault captur ponownie wrócił do serwisu na lawecie. Serwis wykrył wtedy uszkodzenie złącza wiązki sterownika wtrysku oraz gniazda komputera, łącznie z urwanym bolcem prowadzącym do zabezpieczenia wtyczki, co – zdaniem mechaników – mogło w przeszłości skutkować kłopotami w uruchamianiu silnika. Naprawę wykonano, wymieniając potrzebne części, i teraz firma tłumaczy, że dotychczas nie udało się jej wykryć istotnych usterek, ponieważ dawały one znać o sobie tylko sporadycznie…

REKLAMA (2)

Same „korzyści”
Firma przyznała, że ma się tu do czynienia z uszkodzeniami, do których mogło dojść podczas montażu pojazdu; mowa jest o „wadzie fabrycznej”. W piśmie wcześniejszym pełnomocnik zapewniał o „nieistnieniu wady fizycznej sprzedanej rzeczy” i – jak już wiadomo – doszedł do wniosku, że lepiej będzie pouczyć pana Tadeusza, jak włącza się w aucie silnik, co naciskać i jaką metodą.
– Nie wiem, co będzie dalej – mówi zmęczony tą sytuacją nabywca renault. – Z serwisu do domu dojechałem bez przygód, potem odbyłem krótką podróż. Wiadomo, że teraz nie mogę jeździć autem dużo, gdyż obowiązuje zakaz przemieszczania się po kraju. Może to koniec tych przygód, a może nie. To dopiero się okaże. Za niedługo mija termin gwarancji.
Do tej pory pan Tadeusz nie doczekał się ani oficjalnych przeprosin, ani nawet wyjaśnienia na piśmie w związku z ujawnionymi usterkami. Wie o nich tylko z pisma udostępnionego mu przez rzecznika praw konsumentów, który interweniował w jego sprawie.
W piśmie tym kancelaria prawna podała, że sprawa renault captur została załatwiona definitywnie, „z korzyścią dla Klienta”.
Pan Tadeusz próbuje się domyślić, o jaką „korzyść” może chodzić. Czy o jego stracony czas i stracone nerwy, czy o usunięcie w jego aucie usterek, do czego firma była przecież zobowiązana?…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze