– Opowiem, ale bez szczegółów. To przecież małe miasto, nie chcę kłopotów… – Anna waży słowa. – Zaczęło się od tego, że bardzo młodo wyszłam za mąż, prawie tuż po skończeniu szkoły średniej. Miało być jak w ulubionych harlequinach Anny – wielka miłość i idylla, a było jak w życiu – bardzo szybko pierwsza ciąża, pieluchy, mieszkanie kątem u teściów, sprzątanie, gotowanie i czekanie na męża, aby trochę odciążył od obowiązków, a który bardzo niechętnie wracał do takiego domu.
– Gdy córka miała niespełna dwa latka, udało nam się dość tanio wynająć mieszkanie. Pomyślałam, że wreszcie będzie normalnie. Ale nie było… Anna na wspomnienie tamtych czasów kuli się w sobie. Była druga ciąża i później syn, były nieprzespane noce, brak pomocy męża, który jak ognia unikał jakichkolwiek prac domowych i ciągle zostawał w pracy po godzinach… Potem się okazało, że ta praca to była tylko wymówka. – Była po prostu inna kobieta. Ale o tym dowiedziałam się, gdy już odszedł do tamtej, a ja zorientowałam się, że jestem znowu w ciąży.
Mąż Anna o ciąży wiedział, ale nic go to nie obeszło. Gdy jego rodzice próbowali go mitygować i sugerowali, że powinien się jakoś dziećmi i Anną zaopiekować, stwierdził, że jego tak często nie było w domu, iż jest możliwe, że to nie jego dziecko, a i co do pozostałej dwójki też może mieć wątpliwości.
– Nic tylko zarżnąć drania – Anna do dzisiaj ma furię w oczach, gdy o tym mówi. – Straciłam przez niego młodość, poświęciłam się dla dzieci, a on takie rzeczy…
Rodzice męża jakoś zmusili go do pomocy Annie.
– Dawał na początku jakieś grosze, wniosłam sprawę o alimenty, ale później zniknął gdzieś z tą swoją nową panną i dowiedziałam się, że pojechali do Szwecji. Teraz nawet nie wiem, gdzie jest, normalnie rozwieść się nie mogę.
Anna nie ukrywa, że była zrozpaczona: 24 –letnia kobieta bez konkretnego zawodu, bez męża, bez środków do życia, niespełna czteroletnia córka, półtoraroczny syn i jeszcze ciąża.
– Nic tylko odkręcić gaz… – mówi, ale zaraz się reflektuje. – Nie, nie zrobiłabym tego moim dzieciom. Życie w domach dziecka czy jakichś rodzinach zastępczych to nie życie. Tak przynajmniej matkę mają…
Z dwójką dzieci jakoś dawała sobie radę, choć było biednie – było przedszkole i żłobek, coś tam z pomocy społecznej, pomogli rodzice, brat… Ale co będzie jak na świat przyjdzie to trzecie? Gdy pytam, czy nie brała pod uwagę przerwania ciąży, obrusza się:
– Nie. Jestem wierzącą osobą i nie uznaję takich rozwiązań. Każdy ma prawo do życia. Myślałam o urodzeniu i oddaniu do adopcji, żeby trafiło do jakichś dobrych ludzi i miało dobre życie.
Inny pomysł miał jednak brat Anny, który pracuje dorywczo w Niemczech. To on rzucił pomysł, że zamiast adopcji lepiej będzie oddać dziecko jakiejś bezdzietnej niemieckiej rodzinie, która jeszcze za to zapłaci. Opowiadał, że słyszał o takich przypadkach, że niemieckie bezdzietne pary, które nie mogą doczekać się na adopcję, płacą za noworodki.
– Pomyślałam, że może to i dobry pomysł, obiecał, że się rozejrzy i sprawdzi, jak sprawy wyglądają… Z trzecim dzieckiem też pewnie jakoś bym żyła, ale jakie one wszystkie miałyby to życie? Są tacy ludzie, co narobią dzieci i potem tak wegetują w biedzie i niedostatku. Ani tych dzieci wykształcić się nie da, bo nie ma za co, nie mają żądnych perspektyw, rosną na bandytów, trafiają do więzienia… – Anna recytuje tę wyliczankę, jakby miała ją dobrze kiedyś opracowaną i do dzisiaj zapamiętaną. – Albo idą do domu dziecka, co przecież może być czymś jeszcze gorszym. Zrobiłam rachunek sumienia i wiem, że postąpiłam najlepiej, jak mogłam.
Po kilkunastu dniach zatelefonował brat i powiedział, że jest pewna propozycja, przyjedzie i obgadają szczegóły. Okazało się, że jest młode małżeństwo, które gotowe było wziąć dziecko i zapłacić ustaloną kwotę, ale były też warunki.
– Chcieli, żebym przyjechała do Niemiec na ich koszt, podała się kompleksowym badaniom lekarskim i gdy te badania dobrze wyjdą, to żebym tam urodziła, oddała im dziecko i wróciła do Polski z pieniędzmi, zapominając o całej sprawie – mówi Anna.
Gdy sugeruję, że sytuacja brzmi wręcz filmowo, Anna przytakuje.
– No tak, bo podobno pomysł wzięli z jakiegoś filmu. Później się okazało, że oni chcieli, aby wszyscy myśleli, że to ich dziecko, że to tamta kobieta je urodziła, że to ich, a nie z adopcji. Mówili też mi później, że chcieli, aby dziecko zawsze traktowało ich jako prawdziwych rodziców, a nie przybranych…
Anna dodaje, że opowiadali, jakie w Niemczech są straszne korowody z adopcją, mnóstwo biurokratycznych formalności, długi czas oczekiwania. A oni nie chcieli czekać i chcieli, żeby było to „ich” dziecko, żeby wszyscy tak myśleli, żeby ona była traktowana jak prawdziwa matka i żeby nikt temu dziecku kiedyś nie mógł powiedzieć, że jest adoptowane.
Anna zastanawiała się przez kilka dni, długo rozmawiała na ten temat ze swoją najlepszą przyjaciółką i podjęła decyzję.
– Pojechałam. Badania wyszły bardzo dobrze i ci ludzie chcieli, żebym od razu została i donosiła ciążę pod opieką ich lekarza. Ale pojechałam jeszcze na kilka dni do domu, aby pożegnać się z dziećmi i kilka rzeczy ustalić.
Gdy pytam, co zamierzała zrobić po powrocie, jak planowała wytłumaczyć brak ciąży i dziecka
– O ciąży wiedziała moja rodzina, rodzice mojego męża i moja przyjaciółka. Teściowie na początku protestowali, ale później powiedzieli, że to chyba będzie najlepsze dla wszystkich rozwiązanie. Po mnie ciąży tak bardzo nie widać i wtedy – choć to już był koniec czwartego miesiąca – byłam tylko trochę zaokrąglona.
Brat Anki doszedł jednak do wniosku, że przydałby się jakiś dokument.
– No i ci Niemcy załatwili zaświadczenie z prywatnej kliniki, że poroniłam. Wszystko było ustalone, znajomym powiedziałam, że znalazłam pracę opiekunki do dzieci i sprzątaczki u niemieckich znajomych mojego brata i jadę na kilka tygodni, aby trochę zarobić. Wiele bezrobotnych osób tak robi, nikogo to nie dziwiło…
Anka opowiada, że kiedy pierwszy raz pojechała do niemieckiej rodziny na trzy dni, aby zrobić badania, była gotowa zrezygnować z pieniędzy za dziecko.
– To są bardzo mili ludzie, bardzo dobrzy i byłam pewna, że mojemu dziecku będzie u nich bardzo dobrze się działo. Ale oni sami od razu powiedzieli, że są gotowi zapłacić 10 tysięcy euro i pokryć wszystkie koszty. Brat mówił, żebym nie była głupia, bo to mi na długo na życie wystarczy albo będę mogła pomyśleć o jakimś własnym interesie…Okazało się, że niemiecka para miała całą sprawę dokładnie przemyślaną i świetnie zorganizowaną. Wszystkim znajomym powiedzieli, że ona jest w ciąży, a ponieważ znane były ich kłopoty z posiadaniem dziecka, więc nikt się nie zdziwił, że wynajmują domek na wsi, aby kobieta miała spokój, świeże powietrze i żadnych stresów. Właśnie w tym domku zamieszkała Anna i mówi, że to były najpiękniejsze wakacje w jej życiu. W całą sprawę wtajemniczony był tylko niemiecki lekarz, a Anka wywnioskowała, że był to chyba nawet jakiś krewny.Ponad cztery miesiące Anna spędziła z niemiecką parą.
– Bardzo o mnie dbali, musiałam stosować jakieś specjalne diety, brać tysiące witamin, co kilka dni badania… Przy okazji dobrze poznałam tych ludzi i dlatego mówiłam, że nie mam żadnych wyrzutów sumienia i uważam, że zrobiłam dobrze. Gdy już wiedzieli, że to będzie chłopczyk, zaczęli robić dla niego zakupy: ubranka, zabawki, urządzać dziecinny pokój. I zawsze, gdy coś takiego kupowali, to pamiętali o mojej dwójce pozostawionej w Polsce i gdy wróciłam, przywiozłam im pół samochodu wspaniałych prezentów.
Gdy nadszedł termin rozwiązania, pojechali do kliniki, gdzie Anna została zarejestrowana pod nazwiskiem Niemki.
– Urodziłam 3,5‑kilogramowego, zdrowego chłopca. Żal mi tylko było, gdy zabierali dziecko, bo umowa była taka, że od razu zajmie się nim tamta kobieta. Nawet wynajęli kogoś do karmienia piersią. Domyśliłam się, że chodziło im o to, abym za bardzo nie przywiązała się do dziecka. Później już ich nie widziałam. Pomieszkałam jeszcze pod opieką lekarza przez kilka dni w tym wynajętym domu, przyjechał po mnie brat i wróciliśmy do Polski.
Choć już upłynęło kilka lat, Anna nie zapomniała o zostawionym w Niemczech dziecku.
– Czasem o nim myślę i wiem, że jest mu na pewno dobrze i wyrośnie na dobrego, mądrego człowieka.
Życie Anny się poprawiło. Z pieniędzy, które dostała od niemieckiej pary, założyła niewielki sklepik, jakoś wiąże koniec z końcem, dzieci zdrowo rosną… Gdy pytam, czy podjęłaby jeszcze raz taką samą decyzję, Anna długo milczy.
– Nie wiem… Wtedy byłam bardzo zdesperowana, załamana, nie widziałam przed sobą jakichkolwiek szans. Teraz trochę lepiej mi się żyje i chyba patrzę na to z innej perspektywy…. Nie wiem…
























