Pogląd księdza podzielają także matka i mąż Beaty. A ona marzy o tym, żeby wyzwolić się od płaczących nocami maluchów, pieluch, przeczytać jakąś książkę czy najnormalniej spokojnie posiedzieć. Ale podjęła już decyzję, to jej ostatnia ciąża. I nie będzie o tym rozmawiać ani z mężem, ani z księdzem, ani nawet z Panem Bogiem.
– Wiem, że ludzie we wsi śmieją się ze mnie, w żadnym domu nie ma tylu dzieci, co u nas – mówi Beata. – Spotykam się z innymi kobietami i te kiwają z politowaniem głowami. Wstydzę się, boję, szarpią mną sprzeczne uczucia. Nie chciałabym mieć już więcej dzieci i wiem, że teoretycznie zależy to tylko ode mnie. Ktoś powie, że wystarczyłoby pójść do lekarza, zażywać tabletki i po kłopocie. Jednak moja wiara i zasady, które mam wpojone od dziecka, mówią coś zupełnie innego. Nie ukrywam, że mam jednak coraz więcej wątpliwości, w myślach kłócę się o to nawet z Bogiem.
Matura w ciąży
Mama Beaty urodziła pięcioro dzieci w kilkuletnich odstępach. Rodzinie dobrze się powodziło, ojciec pracował, mieli kilkuhektarowe gospodarstwo. W domu panowały surowe zasady, każdy wiedział, co ma robić i gdzie jest jego miejsce. Jedną z fundamentalnych zasad było chodzenie do kościoła, nie tylko w niedzielę.
– Jako dziecko nie przywiązywałam do tego większej wagi, odmawiałam modlitwy automatycznie po to, aby nie narazić się rodzicom. Ale im byłam starsza, tym podobało mi się to coraz bardziej. Czytałam religijne książki, sięgałam po Biblię, a wszystkie wypływające z tych lektur przesłania głęboko zapadały mi w serce. Uczyła się znakomicie, planowała, że tak jak jej starsza siostra pójdzie na studia, marzyła o polonistyce.
W trzeciej klasie liceum poznała Darka, starszy od niej, zabójczo przystojny i przebojowy, całkowicie zawrócił nieobytej dziewczynie w głowie. Maturę zdawała już z brzuszkiem. Plany dotyczące studiów prysły. Był szybki ślub i przeprowadzka do ubogiego domu teściów.
– W rodzinnym domu nigdy nie rozmawialiśmy o „tych” sprawach, wiedzę na ten temat zdobywałam od koleżanek i z w tajemnicy przed rodzicami czytanych gazetami i książek. Problem antykoncepcji właściwie dla mnie nie istniał także z tego powodu, że była niedozwolona przez kościół, do którego wiernie chodziłam – wspomina kobieta. – Przed ślubem chodziliśmy z mężem na nauki małżeńskie i pani, która je prowadziła, opowiadała nam o jedynej dozwolonej metodzie, czyli tak zwanym kalendarzyku. Wyjaśnienia, jak z niego korzystać, były zagmatwane i nie poświęciłam temu zbytniej uwagi. Pierwszą trójkę urodziła rok po roku, ledwie doszła do siebie po ciąży i porodzie, a już okazywało się, że znowu zostanie mamą.
Koleżanki studiowały, jej starsza siostra wychodziła za mąż, kiedy Beata miała już czwórkę pociech.
– Kiedy moja siostra zaszła w ciążę, to było istne szaleństwo. Co chwilę chodziła a to do lekarza, a to na jakieś badania, czekała na to dziecko jak na jakiś wielki skarb. Zazdrościłam jej, ja do lekarza szłam dopiero pod koniec ciąży, czasem były nawet problemy z ustaleniem terminu porodu. Po urodzeniu czwartego dziecka dowiedziałam się, że mogę mieć problemy z zajęciem w kolejną ciążę. Nie ukrywam, że ulżyło mi, pomyślałam, że może nareszcie skończy się czas chodzenia z brzuchem. Ale moja radość była przedwczesna, bo niebawem znowu okazało się, że jestem przy nadziei.
Pił, bił i ciągnął do łóżka
Kilka lat wspólnego życia z Darkiem do reszty rozwiało jej złudzenia. Często pił, a frustracje rozładowywał pięścią.
– Po pijanemu wpadał w szał, lepiej było mu w drogę wtedy nie wchodzić. Nie raz zdarzało się, że uciekałam z domu z malutkimi dziećmi przed jego złością. Wyzywał, przeklinał, bił, a na drugi dzień był aniołem. A seks był najlepszym sposobem na pojednanie, okazją do wyszeptania słów przeprosin. Pójście do łóżka było też sposobem na złagodzenie jego złych humorów i udobruchanie.
– Kiedy pojechałam do swojej lekarki z piątą ciążą, zobaczyłam w jej oczach prawdziwą troskę. Doradziła mi, żebym po urodzeniu przyszła do niej, obiecała pomóc, abym nie miała więcej dzieci. Mówiła, że w moim przypadku najlepsze będą tabletki antykoncepcyjne. Po powrocie do domu rozmawiałam o tym z mamą i mężem, obydwoje powiedzieli, że faktycznie pięcioro dzieci to już spora gromadka, ale w sprawie tabletek nic mi nie doradzili – opowiada Beata. Kiedy poszła do księdza załatwić sprawy związane z chrztem, zaczęła rozmowę o planowaniu rodziny. Wyjaśniła, że jest głęboko wierząca i nie chce łamać zasad wiary, i pytała, w jaki sposób zgodnie z naukami kościoła mogłaby zapobiegać kolejnym ciążom.
– Ksiądz był równie zawstydzony jak ja. Nie miał pojęcia, jak o tym ze mną rozmawiać. Rozmowę podsumował tak, że nie wolno ingerować w boże dzieło i naturę. Płodność, stwierdził, jest darem i nie można go odtrącać.
Przekonał ją… papież
Wtedy do akcji wkroczyła siostra Beaty. Zabrała ją do swojego ginekologa, a ten długo jej wyjaśniał zasady działania różnorakich środków antykoncepcyjnych. Nie przekonał jej do żadnego, nawet o prezerwatywie nie mogło być mowy, bo kobieta uważa, że w tej sprawie kościół jasno formułował swoją opinię. Siostra próbowała tłumaczeń z innej beczki. – Mówiła mi, że każde kolejne dziecko obniża poziom naszego życia. Niemal z krzykiem pytała, jaką przyszłość mogę zapewnić tak licznemu potomstwu. I faktycznie, byłam w stanie przyznać jej rację.
Do wizyty u lekarza przed mężem się nie przyznała, ale chciała jednak usłyszeć jego zdanie o antykoncepcji, podzieliła się także swoimi obawami o przyszłość potomstwa. A Darek z całą prostotą powiedział, że jak już tyle dzieci mają, to i następne się wychowa. No i wychowuje się, od tamtej pory Beata urodziła jeszcze trójkę, teraz jest w ciąży z dziewiątym dzieckiem. Ale to będzie już ostatnie, tak postanowiła. I nikogo nie będzie pytać już o zdanie. Ma urodzić w mieście, gdzie mieszka jej siostra, od razu po porodzie idzie do lekarza i weźmie tabletki.
– Przekonało mnie to, co powiedział papież Franciszek – nie ukrywa kobieta. – Dobrzy katolicy wcale nie muszą mnożyć się jak króliki. Urodziłam już tyle dzieci, że wystarczyłoby na obdzielenie kilku rodzin i wystarczy.
Dzieci są dla niej całym światem.
– Mam wielkie szczęście, bo są zdrowe, ale coraz częściej zastanawiam się, czy jestem dobrą matką. Bo czy dbająca matka rodzi aż tyle dzieci? Nie, bo nie jest w stanie każdemu z nich zapewnić właściwej opieki. Coraz częściej wraca do mnie pytanie mojej siostry, co dam swoim dzieciom, jaką zapewnię im przyszłość? Dać mogę im niewiele, ciężko pracujemy z mężem w gospodarstwie, ale to wystarcza ledwie na utrzymanie. Na razie są małe, ale z wiekiem potrzeby będą mieć coraz większe. Trójka już chodzi do szkoły i wydatki są ogromne. Obliczyłam, że za dwa lata do szkoły jednocześnie chodzić będzie pięcioro dzieci. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzimy.
Beacie pozostaje jeszcze jeden poważny problem, wyrzuty sumienia już ją męczą, a nawet jeszcze nie sięgnęła po tabletki.
– Muszę to przerobić we własnych myślach i w sercu, ale wiem, że mój wybór jest słuszny. Mężowi nic nie powiem, nie będę już pytać o radę księdza, a mój Pan Bóg na pewno mnie zrozumie – mówi kobieta.
























