Niewielka wieś pod Tarnowem. Tu każdy zna każdego, wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Niektórzy mieszkańcy żartują: – Nawet jak pan lodówkę rano otwierasz, to słyszysz, jak stamtąd sąsiad życzy ci smacznego. Tym bardziej znany jest tu zapiekły konflikt między dwoma braćmi – Kazimierzem i Ryszardem. Konflikt ten obserwuje już drugie pokolenie mieszkańców, a zdaniem wielu nigdy nie będzie on miał końca. – Pokłócili się na całe życie – twierdzi Maria Banaś, która Kazika i Ryśka pamięta jeszcze jako małych chłopców.
– O co można tak pokłócić się na wsi? – pani Maria tajemniczo się uśmiecha. – To ja panu powiem. O majątek. Tak zawsze było i tak jest. Kiedyś ludzie przez całe lata kłócili się o miedzę w polu, chodzili po sądach, obrzucali się przekleństwami, oblewali gnojówką. Dla chłopa miedza to była rzecz święta, swojej babie prędzej by przebaczył, że poszła z innym, niż komuś, kto uciął pługiem skrawek jego ziemi. Coś z tego do teraz zostało.
Kazik i Ryszard Małkowie pokłócili się mało widowiskowo – w zakamarkach swoich domów. Być może krzyczeli na siebie, przeklinali, obrażali się nawzajem, ale przecież nikt z postronnych tego nie słyszał. Można rzec, że brudy wyprali u siebie, ale brudna woda po praniu i tak się wylała za próg. Wszyscy prędko zauważyli, że bracia nagle przestali ze sobą rozmawiać, stali się dla siebie całkiem niewidzialni. Na trzydzieści kilka lat. Przez ten czas nie zamienili ze sobą ani słowa. Ani choćby słóweczka.
Zrobili ci krzywdę
Kiedyś byli dobrymi braćmi. Kazik jest młodszy od Ryśka o cztery lata, ale to on zawsze przejawiał większą odwagę wobec świata. Był bardziej otwarty, zaradny, zdolny do różnych fantazji. Rysiek bardziej bojaźliwy, zamknięty, nieśmiały. To dlatego młodszy czasem pomagał starszemu, doradzał w różnych sprawach. Kazik prędko się ożenił, podobał się dziewczynom, Ryśkowi w tych sprawach szło gorzej. Kiedyś ludzie trochę dowcipkowali: – Kazik, znajdź w końcu bratu kogoś, bo mu jakoś nie idzie.
Ale wreszcie jakoś poszło i Rysiek, uważany we wsi już za starego kawalera, także znalazł żonę. Miejscową, znali się już wcześniej. Dzisiaj wielu twierdzi: – Źle znalazł…
Wielu we wsi jest zdania, że to Ewa, żona Ryśka, skłóciła na dobre braci. To ona miała codziennie kłaść do głowy mężowi, że rodzice zrobili mu wielką krzywdę. Że nie podzielili majątku po równo, kiedy już podupadli na zdrowiu i zrezygnowali z gospodarki. Że stała się wielka rodzinna niesprawiedliwość.
Rysiek musiał w to uwierzyć, być może buntowany przez Ewę, pewnie domagał się od ojca i matki naprawienia krzywdy, ale niczego nie wskórał. Rodzice byli przekonani, że gospodarkę – pole i zabudowania – podzielili jak trzeba, nikt na tym nie ucierpiał. Rysiek w tej swojej krzywdzie całkiem się zakonserwował, pielęgnował ją jak kwiatki w ogródku, a z czasem krzywda w nim rosła i rosła. W jeden dzień zerwał kontakty z rodzicami i bratem.
Mur milczenia
– Wiem, że starzy Małkowie bardzo to przeżyli, ale wszystkim naokoło powtarzali, że Rysiek na pewno nie został skrzywdzony, że Kazik nie dostał od nich więcej niż on, choć to Kazik przejął nad nimi opiekę. Powtarzali to przez lata – opowiada pani Maria.
Domy Kazika i Ryśka dzieli odległość kilkuset metrów. Między nimi powstał mur nie do przebicia. Mur zbudowany z milczenia. W ciągu tego czasu nie było kłótni, nie było awantur, w relacjach między braćmi powstała próżnia. Z biegiem lat w obu rodzinach rodziły się dzieci, ale od strony swoich ojców nie miały wujków ani kuzynów. Nie miały, bo taki był układ. Za chrzestnych brało się kogoś innego z rodziny, na późniejsze śluby i wesela bracia nigdy nie byli proszeni.
– Oni się siebie wyrzekli – twierdzi jeden z sąsiadów Kazimierza. – To jest nie do pomyślenia. Może jeden dostał od starych większy kawałek pola, może w gorszym miejscu, ale żeby z tego powodu nie odzywać się od trzydziestu paru lat? Nie można było się jakoś dogadać? Wcześniej była to bardzo dobra rodzina, solidarna, zgrana, a Kazik za Ryśkiem w ogień by skoczył i na odwrót.
Gniew w spadku
Dzieci dwóch braci dobrze wiedziały o konflikcie, o milczeniu, o wzajemnej niechęci, o poczuciu krzywdy. Wzrastały w tej atmosferze i pamiętały, niemal intuicyjnie, że one też powinny zachowywać się tak, jak ich rodzice. Nie rozmawiać z kuzynostwem, omijać na drodze, być obojętnym. Całkiem możliwe, że kiedyś to wszystko przejdzie również na wnuki, które już dorastają. Możliwe, że cały rodzinny gniew, który działa jak trucizna, przejmą oni w spadku po rodzicach i dziadkach i będą go tak samo kultywować, jak ich przodkowie.
Kiedy poważnie zachorował ojciec Kazika i Ryśka, wydawało się, że wieloletni impas zostanie przełamany. Nie został. Rysiek nie pojawił się w domu rodziców ani razu. Nadal trwał w swoim uporze.
– Ale na pogrzeb ojca przyszedł – relacjonuje Bronia Malinowska, która mieszka dwieście metrów od jednego z braci. Bronia znana jest z tego, że chodzi na każdy pogrzeb we wsi. Ludzie trochę się z niej śmieją, że kobieta nie ma co robić, że z nudów tak lata na te pogrzeby, gdyż brakuje jej innej rozrywki. A ona tłumaczy, że wszystkich w wiosce znała lub zna, więc jeśli ktoś tutaj umiera, to zawsze jest to jej znajomy.
Drugi pogrzeb
Na pogrzeb starego Małka przyszło jednak więcej ciekawskich. Chcieli zobaczyć, czy Rysiek będzie obecny, czy może z Kazikiem zamieni parę słów.
– Nic z tego. Obydwaj trzymali się jak najdalej od siebie. Nawet nie spoglądali w swoim kierunku – komentuje wieś.
Już nieraz widziano, jak przypadkiem spotkawszy się na wsi omijali się szerokim łukiem. Patrzyli gdzieś na boki.
Dwa lata potem umierała ich matka. Przed śmiercią prosiła Kazika, że chce się zobaczyć jeszcze z Ryśkiem. W jej domu nie było go przez ponad trzydzieści lat. Kazik poprosił swoją żonę, Bożenę, żeby dała znać Ryśkowi, że matka ma życzenie zobaczyć go przed śmiercią. Przyszedł następnego dnia. Kazik schował się w pokoju obok, żeby nie spotkać się z bratem.
Na drugim pogrzebie było tak samo. Rysiek i Kazik szli w dużej odległości od siebie. Jak obcy ludzie. Nie przemówili.
I tak jest już przez trzy dziesięciolecia. Bracia, coraz starsi, wciąż gniewają się na siebie, a wieś nie pamięta tak długiego i upartego gniewu. Kiedyś była nadzieja, że po śmierci rodziców coś im się odwróci w umysłach, w sumieniach, że spokornieją, zapomną i znowu staną się dla siebie braćmi. Nic z tego.
Maria Banaś nie ma złudzeń: – Tak już zostanie, nic się nie zmieni, pokłócili się na całe życie. Któryś z nich umrze pierwszy, któryś drugi. Pewnie wtedy się wreszcie pogodzą – już na drugim świecie…
PS Imiona i nazwiska bohaterów reportażu zostały zmienione
























