Drogami Peru

0
Drogami Peru
Drogami Peru | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

W drogę Panamericana – trasą wiodącą wzdłuż wybrzeży całej Ameryki Południowej – wyruszyłam w atmosferze zamętu. Rankiem na dworcu w Arequipie długo nie mogłam ustalić, w który z ruszających autobusów Ormenio powinnam wsiąść. Potem, wsiadłszy, przez kolejny kwadrans nie byłam pewna, czy mój bagaż pojedzie tym samym autobusem.

Panamericana to droga, a raczej system różnych dróg, łączących wszystkie Ameryki – wiedzie od południowych krańców Argentyny przez całą długość Ameryki Południowej i Amerykę Środkową aż do Alaski. Liczy ponad 30 tys. kilometrów. Ja podróżowałam nią na znacznie krótszym odcinku, z Peru do Ekwadoru.

Szlakiem sępów

Podróżując przez Peru, można zobaczyć wszystkie znane z geografii rodzaje pustyni: kamienistą – z sępami unoszącymi się wśród nagich skał, żwirową – z kolumnami kaktusów, na których powiewają strzępy folii (cywilizacja!), kamienisto – żwirową, wreszcie piaszczystą – z prawdziwymi oazami, zielonymi od drzew i krzewów. Pustynny krajobraz dzielą tylko prywatne „działki”, znaczone wbitymi w piasek oponami samochodowymi i drutem kolczastym. Skalne ostańce, wyrzeźbione przez wiatr i piasek, dodatkowo wydrążone w środku, służą często jako piece czy grillowe paleniska.

Czasem – dziwny widok wśród skał i piasku – mijaliśmy płaskie równiny, lśniące lustrami wody, zielone od ryżowych pól. Pomiędzy nimi dachy niskich domów. W ryżowiskach brodziły białe czaple, na drzewach dojrzewały owoce. Tylko posępne góry na horyzoncie i wiatr, poruszający dziesiątkami otaczających te „oazy” blaszanych wiatraków, przypominały o tym, że także te wilgotne, urodzajne miejsca otacza pustynia.

REKLAMA (2)

Nad drogą i wybrzeżem unosiły się sępy -urubu różowogłowe, o czarnych piórach i nieprzyjemnie czerwonych, łysych głowach. Gdy siadały na piasku całymi stadami, przypominały trochę indyki. Częściej jednak towarzyszyły nam w powietrzu, kołysząc się jak posępne latawce w wiecznym pustynnym wietrze.

Sępy, lotny piasek, poszarpane skały i przyćmione pyłem słońce. Asfaltowy pas Panamericany, znaczony przerywaną żółtą linią był w tej scenerii jak fatamorgana.

W korku

A przecież i Panamericana nie jest niezniszczalna – w wielu miejscach autobus objeżdżał uszkodzone odcinki, zjeżdżając w pustynię. Na pierwszą poważną przeszkodę trafiliśmy w miejscu, gdzie droga biegła tuż nad brzegiem morza, zawieszona pomiędzy stromą skalistą skarpą, a wysokim wybrzeżem z ciemnych kamieni, o które rozbijały się potężne fale. Stanęliśmy w korku: parę ciężarówek, kilkanaście samochodów osobowych. Drogę przed nimi przedzielono taśmą, której pilnował mężczyzna w żółtym kasku na głowie. Wszyscy na niego trąbili, choć doskonale było widać, co się stało: zbocze osypało się na szosę, zagrodzoną teraz zwałami skalnych odłamów. Powietrze wokół pełne było pyłu z osuwiska.

Okolica wyglądała na bezludną, Peruwiańczycy jednak umieją wykorzystać wszelkie okoliczności, by coś zarobić – pobocze drogi zajął już rząd sprzedawców ciastek, mandarynek i napojów. Skąd zjawili się tu tak szybko, trudno sobie nawet wyobrazić, ale zdążyli się zadomowić. Jedni siedzieli godnie pod kolorowymi parasolami, inni biegali między samochodami, nawołując: „Chicharrones, chicharrones!” i oferując opiekane kawałki kurczaka.

Kierowca naszego autobusu przypomniał sobie, że ma napisane na szybie „express” i zaczął krzyczeć na robotnika drogowego, powołując się na pośpiech swoich pasajeros. Pasajeros tymczasem wyszli z autobusu, by kupić kolorowe napoje i pokazywać sobie palcami morskie fale, malowniczo załamujące się poniżej drogi.

Gdy już wszyscy nabrali przekonania, że zostaniemy tu dłużej, zza skały na zakręcie pojawił się – deus ex machina – mały żółty spychacz. Od razu przystąpił do pracy i w kilka minut droga była oczyszczona. Spychacz zniknął, sznur samochodów ruszył. Peruwiańczycy nie byliby przy tym sobą, gdyby nie próbowali wyprzedzać się nawzajem. Kierowca naszego autobusu ryzykownie wyminął ciężką ciężarówkę, potem drugą, mniejszą, wreszcie spychacz, który wszystkich uwolnił. Pośpiech ten okazał się całkowicie chybiony, bo niespełna kilometr dalej Panamericanę przedzielało następne zwalisko, rozleglejsze od poprzedniego. Wszyscy znów czekali na spychacz, który dotarł niespiesznie i sprawnie wykonał robotę. Przejechaliśmy w chmurach pyłu, obserwując z dołu wiszących na skale robotników, zabezpieczających osypisko. W żółtych kaskach i czarnych kominiarkach na twarzach, w mętnym powietrzu, wyglądali jak istoty z innego świata.

Śniadanie z Cordillery

W Huaraz zatrzymałam się krótko. Główną atrakcją jest tu Huascaran (6768 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Peru. Otaczają go góry liczące także powyżej 6000 m – Hanrapaica, Paccaraju, Contrahierbes. To Cordillera Blanca, uważana za najpiękniejszą część Andów. Niestety, trafiłam tu w długi weekend połączony z lokalnym świętem. W Huaraz było niemal równie tłoczno, jak w środku sezonu w Zakopanem. Nad jeziorem Llagunaco, ulokowanym między szczytami dokładnie tak, jakby ktoś to zaplanował dla osiągnięcia maksymalnie malowniczego efektu, przetaczały się tłumy, autokary nie mieściły się na parkingu. Dzieci w szkolnych mundurkach tłoczyły się w wynajętych łódkach, a gdy tylko wracały na brzeg, biegły zrobić sobie zdjęcia z jedyną w ten weekend nad jeziorem zagraniczną turystką (mną!). Uciekłam pospiesznie do przejeżdżającego mikrobusu.

Peru - Wybrzeże
Peru – Wybrzeże | fot. Marta Tutaj

Z drogi okolice jeziora Llagunaco wyglądały jak górzysta wersja raju. Był początek pory deszczowej, jakby późna wiosna – na poboczach kwitły drzewa, cierniste krzewy i kaktusy. Piętrzące się nad drogą pionowe skalne ściany połyskiwały w słońcu od spływającej po nich wody, a spadające z wysoka krople lśniły tęczą. W dole rozciągały się urodzajne doliny, gdzie rosła kukurydza, pasły się osły i chłopcy kopali piłkę na jasnozielonych kwadratach pastwisk.

Wszystkie przewodniki zalecają jazdę z Huaraz w dzień, ze względu na piękne widoki. Natomiast wszystkie biura podróży, organizujące przewozy do Trujillo, proponowały wyłącznie nocne autobusy. Z pomocą znajomej Peruwianki trafiłam jednak w końcu do biura w ciasnej uliczce, sprzed którego wczesnym rankiem odjeżdżał autobus do Chimbote.

Rocio, moja przewodniczka, uprzedzała, że to autobus wyłącznie… peruwiański. – Niewygodny, nie dla turystów! – ostrzegła.

Autobus okazał się raczej mikrobusem, bardzo zakurzonym i rozklekotanym. Mój plecak, wraz z górą bagaży – worków z nawozami, plastikowych miednic, tobołków zawiązanych w kolorowe poncha – trafił na dach, gdzie został przywiązany plątaniną sznurków. Pomocnicy kierowcy, brązowi chłopcy w niebieskich koszulach, z powagą przedarli mój bilet i wskazali mi miejsce przy oknie. Tymczasem pasażerów szybko przybywało i wkrótce było ich znacznie więcej, niż miejsc w autobusie. Siadali sobie na kolanach, tłoczyli się w przejściu. Tłumek dzieci, dwa psy i koza. Indianki z Cordillery, nawet w tym ścisku zachowywały pełen godności wygląd w swoich kapeluszach – wspaniałych, szerokoskrzydłych, z kunsztownym wachlarzem ze wstążki z boku. Spod kapeluszy spływały długie warkocze, czarne lub siwiejące.

REKLAMA (3)

Jechaliśmy przez wioski Cordillery, ciągle w górę i w górę, pylistą serpentyną, po drodze dobierając jeszcze pasażerów, którzy jakimś cudem wciąż mieścili się w autobusie. Dwaj mężczyźni w świątecznych garniturach, czekający na jednym z „przystanków”, wspięli się na dach. Jak się tam utrzymywali, gdy autobus podskakiwał na wybojach, Bóg raczy wiedzieć. Droga składała się głównie z dziur i pochyłości, zakręty były karkołomnie ostre. Za zakurzonymi oknami co chwilę pojawiały się malownicze przepaści albo skalne nawisy, ocierające się niemal o szyby.

Widoki warte były jednak niewygód: białe grzbiety Cordillera Blanca na horyzoncie, niżej pasmo żółtobrązowych wzgórz, nieregularne plamy pochyłych poletek, owce jak kremowe kłębki na zieleni, kolorowe stroje pasących je dziewcząt, kwitnące drzewa, spadające kaskadami strumienie, płowa serpentyna zostającej w tyle drogi…

W którejś wiosce wsiadła piękna Indianka. Miała czarny kapelusz, dwa długie warkocze, brązową twarz całą w drobnych zmarszczkach, a stopy drobne jak dziecko. Dama z Cordillery – może sześćdziesięcioletnia – mówiła dźwięcznym, wysokim głosem dziewczynki.

– Mamita? (Mamusiu) – zwracała się do każdej z kobiet w autobusie.

Na plecach dźwigała zawój z koca, który ukrywał miednicę wypełnioną gotowanymi ziemniakami i białymi krążkami smażonych jajek. Wiekowa indiańska piękność sprzedawała desayuno, czyli peruwiańskie śniadanie na ciepło.

Indianka miała tyle wdzięku, że zlekceważyłam swoje europejskie nawyki i kupiłam sobie sporą porcję ziemniaków i jajek. Okazało się to dobrą decyzją. Czekała nas długa podróż przez góry.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze