Aby dotrzeć do przystani na południowym końcu wyspy Sainte Marie wynajęłam tuk-tuk – rykszę motocyklową. Gdy zbliżaliśmy się do celu, okazało się nagle, że obok tuk-tuka biegnie, próbując dotrzymać nam kroku, kilka osób. Zapytałam prowadzącego motocykl chłopaka, co się dzieje, ale tylko się roześmiał i machnął ręką. Dopiero w przystani okazało się, że ścigali się z nami – i ze sobą nawzajem – przewoźnicy łodzi wożących turystów na Les Nattes.
Les Nattes to wysepka leżąca przy południowym końcu Sainte Marie. Aby dostać się tam, wystarczy przepłynąć wynajętą łodzią zaledwie kilkaset metrów. Łodzi zawsze czeka sporo. Wynajęcie jednej z nich i przeprawa to koszt stanowiący równowartość ok. 5 złotych. Dla przewoźników kwota ta była warta przebiegnięcia w upale i na wyścigi blisko półtora kilometra. (!) Prosta zasada: kto wygrał wyścig, łapał jadącego tuk-tukiem klienta.
Francuzi i kolce
Bieg wygrał – dość nieoczekiwanie dla mnie, bo słabo oceniałam szanse tego akurat „zawodnika”- starszy mężczyzna, dość wysoki jak na Malgasza. Dotarł do przystani zlany potem, ale pełen zapału. Co prawda na łodzi mógł odpocząć – nie była to trudna ani długa przeprawa, wystarczyło parę razy machnąć wiosłem. Przewoźnik od razu chciał się umówić na przeprawę powrotną w dowolnym, wskazanym przeze mnie terminie.
Les Nattes można nazwać wyspą „trzeciorzędną” – jeśli za „pierwszorzędną” uznać Madagaskar, największą wyspę Afryki i czwartą co do wielkości na świecie. Wyspa Sainte Marie (w malgaskiej wersji Nosy Boraha) leży u jego wybrzeży, a z kolei jej wysepką przybrzeżną jest Les Nattes albo Nosy Nato – co podobno oznacza po prostu płaską wyspę. W przewodnikach i blogach turystycznych Les Nattes zwykle nazywana jest „rajem”. Cóż, wybrałam się do tego „raju” z biletem wstępu za 5 zł.
Les Nattes ma ok. 3 km długości i nie więcej niż 2,5 km w najszerszym miejscu, nie jest więc szczególnie rozległa. Nie ma tu dróg ani samochodów, najwyżej motocykle. Dookoła wyspy biegnie (albo biegła do niedawna) ścieżka spacerowa, którą przejść podobno można w 2-3 godziny. Planowałam to zrobić, ale mi się nie udało, bo w kilku miejscach przy plaży wyrosły prywatne „dacze” starszawych Francuzów, którzy – w przeciwieństwie do osiadłych tu Malgaszy – zabraniają przejścia przez przyległe do swoich działek plaże. W ogóle na Madagaskarze roi się, niestety, od emerytowanych Francuzów, którzy często zachowują się, jakby byli właścicielami tego kraju. Pewnie i w raju wydzielą sobie działki…
Tak więc obejście „rajskiej wyspy” musiałam wykreślić z planu. Po kilku próbach zrezygnowałam też z pływania z maską i rurką. Czytałam co prawda, że wokół Les Nattes są ładne rafy, ale – podobnie jak na Sainte Marie – okazały się osiągalne chyba tylko z wynajętej łodzi. Niewątpliwie urokliwe i malownicze plaże „płaskiej wyspy” otacza bardzo płytkie morze, najeżone – dosłownie – koloniami czarnych jeżowców o długich kolcach. Skaleczenia kolcami jeżowców są bolesne i długo się goją. Wolałam nie ryzykować przeprawy wpław przez te swoiste „pola minowe”. Cóż, jeżowce mają swoje miejsce w „raju”.
Las płaskiej wyspy
Z niektórych atrakcji Les Nattes zrezygnowałam planowo. Na przykład z wizyty w tzw. Białym Domu – położonym w centrum wyspy hotelu z restauracją, z którego tarasu można podobno zobaczyć całą wyspę. Aby wejść na taras, trzeba tam jednak zamówić co najmniej drinka albo zapłacić bilet wstępu (droższy niż dojazd na wyspę). Odpuściłam, szczególnie że Malgasz z domku przy plaży – sympatyczny i trochę mówiący po angielsku mieszkaniec stolicy Madagaskaru, Tany – pokazał mi parę zrobionych z tarasu zdjęć. Nie były to spektakularne widoki – wyspa Les Nattes faktycznie jest… płaska. Nawet stojąca tu latarnia morska ma parę metrów wysokości i wygląda raczej jak czubek latarni normalnego rozmiaru, który spadł na ziemię.
Nie dotarłam też do sławnego baru z pizzą i muzyką reggae, który podobno obowiązkowo zaliczają turyści. Bar ma opinię sympatycznego miejsca, ale ja w porze późnego śniadania kupiłam sobie garść smażonych, panierowanych warzyw i bananów w małej garkuchni przy przystani i zjadłam je na plaży, patrząc na długie łodzie i bawiące się w wodzie dzieci.
Poszukałam natomiast świętego (podobno) lasu w centrum wysepki. Był niewielki – bardziej pasowałoby określenie „zagajnik” – przecięty dwoma czy trzema ścieżkami. Z grubej warstwy suchych liści zalegających pod drzewami słychać było tajemnicze szmery.
Przysiadłam w cieniu, żeby odpocząć, napić się, a przy okazji może rozwiązać zagadkę tych odgłosów. Okazało się, że większość z nich pochodzi od wielkich krabów, które wychodzą z jamek w ziemi i szukają czegoś wśród liści. W poszyciu grzebały także papuzice – spore, ciemnoszare papugi, endemiczne dla Madagaskaru i pobliskich wysp, a wśród gałęzi goniły się dziwogony – czarne ptaki z ozdobnie wyciętymi ogonami i czubkami na głowach.
Wypatrzyłam wśród liści także drobne, smukłe jaszczurki z rodziny scynków oraz trochę cykad i kolorowych świerszczy. Siedząc i obserwując wędrujące wokół zwierzęta pomyślałam, że w „świętym lesie” jest trochę na odwrót niż przywykliśmy – na przykład kraby i świerszcze są bajecznie kolorowe, a papugi całkiem pozbawione koloru…
Menu z zaprawianym rumem
W lesie nie było lemurów, ale wiedziałam, że ich tu nie spotkam. Okazało się jednak, że na Les Nattes jest co najmniej kilkanaście biało-czarnych lemurów wari, które są hodowane w miejscowych hotelach oraz pensions, żeby zatrzymujący tu turyści mieli madagaskarski „komplet atrakcji”. Oswojone wari były zastrzeżone „tylko dla gości hotelowych” (!), ale lemury nie robią takich rozróżnień, jeśli masz ze sobą owoce.
Poza tym – tak, oczywiście, są na Les Nattes piękne, długie plaże z białym piaskiem i płytkim turkusowym morzem. Można usiąść w cieniu i nic nie robić – bo i nie ma tu wiele okazji do aktywności. Zwykle też w pobliżu znajdzie się jakaś restauracja, gdzie podadzą drinka albo coś do jedzenia.
W jednej z takich restauracji zjadłam obiad, bo była akurat po drodze, gdy zgłodniałam w mojej wędrówce od jednej idyllicznej plaży do kolejnej. Restauracja przyjmowała głównie gości dowożonych tu łodziami. Miała palmowe parasole, wiszące nad płytkim morzem hamaki i skromną kuchnię. Menu składało się w zasadzie z sześciu pozycji – grillowanej ryby, grillowanego kalmara, dania z małży oraz z trzech zestawów sałatek z owoców morza.
Plus długa lista drinków. Szef restauracji, starszy Malgasz, dodatkowo proponował rum z baterii butelek, które zawierały ten sam trunek, ale zaprawiany różnymi owocami i przyprawami. Zapamiętałam, że banany w rumie nie wyglądają specjalnie apetycznie.
Zdecydowałam się na jeden z zestawów sałatek i zjadłam z apetytem, bo byłam głodna. Ale, na mój gust, przekąski z garkuchni dla przewoźników były smaczniejsze.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















