Tarudant albo Roudana to miasto w południowym Maroku, zwane „Małym Marrakeszem”. Kilkaset lat temu było nawet przez okres panowania jednej z dynastii stolicą kraju. Dziś leży nieco na uboczu, nie rywalizując turystyczną sławą z Marrakeszem ani kolorytem z niebieskim miastem Szafszawan.
Trafiłam do Tarudant między innymi dlatego, że właśnie trwały finałowe mecze Mundialu, w którym drużyna Maroka okazała się „czarnym koniem”. Marokańczycy przeżywali to niesłychanie intensywnie. Po poprzednim meczu – wygranym z Portugalią – cały wieczór i noc, które spędziłam w hotelu w Agadir, miasto nie funkcjonowało normalnie. Ulice były pełne nieustannie trąbiących aut i krzyczących ludzi machających flagami, nawet na jezdniach odbywały się improwizowane imprezy, tu i ówdzie grano lub śpiewano hymny, buczały wuwuzele, a do wszystkiego dołączały syreny przemykających przez miasto wozów policyjnych. Prawie nie spałam, toteż postanowiłam przed kolejnym meczem – cokolwiek przyniesie on Marokańczykom – wyjechać z ruchliwego, nadmorskiego Agadiru.
Komu kibicujesz?
Zamknięte w murach historyczne miasto uznałam za dobry wybór pod warunkiem, że znajdę pokój z oknem od podwórza albo ukryty w tak wąskiej uliczce, że nie dotrze tam ruch kołowy z klaksonami i syrenami. To akurat się udało, mój hotel zlokalizowany był nie tylko w wąskim zaułku, ale i oddzielony dość długim krytym przejściem – tunelem bramnym – od innych ulic.
Oczywiście był to dzień meczu między drużynami Maroka i Francji, wszyscy więc o tym rozmawiali i wszyscy dawali wyraz swemu zaangażowaniu w narodową rozgrywkę. Rozmowy o meczu łatwo było rozpoznać nawet bez znajomości języka, bo przewijały się w nich nazwy „Morocco” i Francji. Nazwę tej ostatniej wymawiano „Franca”.
Sprzedawca mięsa obok baranich tuszek i kozich ćwiartek powiesił dekoracje z czerwonych baloników i flag narodowych. Sprzedawca skarpetek i czapek wystąpił w wełnianej czerwonej czapeczce w zielone gwiazdy – kilka takich miał też do sprzedania, ale szybko zniknęły, nie zdążyłam się załapać. Sprzedawca warzyw ułożył czerwone pomidory i zielone papryki w symbole, jakie piłkarze Maroka mają na koszulkach. Był z siebie tak dumny, że specjalnie poprosił mnie o zdjęcie.
Chłopcy pracujący w piekarni mieli na stoisku tylko jedną flagę i jeden balonik, a poza tym pełne ręce roboty. Piekarnia mieściła się w bramie za improwizowaną od ulicy ladą. Piekła na okrągło, gorące chlebki w kształcie spodu do małej pizzy wyjeżdżały więc z niej nieustannie. Były składane w stosach na ladzie i sprzedawane na bieżąco. Chłopcy z piekarni – najwyżej nastoletni – znali tylko parę słów po angielsku, ale gdy podeszłam, by kupić chleb, bardzo chcieli wiedzieć, skąd jestem i czy będę kibicować Maroku czy Francji? Powiedziałam, że Maroku, bo Europejczycy wielokrotnie zdobywali już puchar. Chłopak przy ladzie błysnął uśmiechem i dołożył do moich zakupów jeden gorący chlebek gratis.
Od kuskusu do herbaty
Nie był to jedyny poczęstunek, który otrzymałam w dniu meczu. Gdy koło południa wstąpiłam do mojego hotelu w zaułku, Hassan, recepcjonista i współwłaściciel, powiedział, że jest zaproszony na degustację kuskusu. Może zechciałabym iść z nim i też skosztować?
Nie należę co prawda do smakoszy kuskusu, bo z jakichś względów Marokańczycy uważają to danie za deserowe i zwykle serwują je na słodko, z cukrem pudrem, ewentualnie cynamonem. Tak przynajmniej jest na południu kraju. Ponieważ kuskus jest praktycznie bez smaku, danie takie jest raczej mdłe. Stanowczo lepiej kupić sobie na deser croissanta czy ciastko z kremem (Marokańczycy robią je zupełnie niezłe) albo migdałowe ciasteczko – przekąskę w stylu tureckim. Jako danie obiadowe znacznie lepszym wyborem jest popularne tajine (kurczak z warzywami) czy lokalne naleśniki z różnorodnym nadzieniem.
Skorzystałam jednak z zaproszenia Hassana, bo w końcu gdzie mogę mieć okazję skosztowania różnych odmian kuskusu jak nie w Maroku?
Degustacja odbyła na suku Ihad, w stylowym sklepie z kuskusem, oliwą i niemal aptekarskim wyposażeniem. Podano kilka odmian kuskusu, które różniły się gatunkiem i kolorami (niektóre na pewno były czymś barwione), ale smakowały jak… kuskus. Na szczęście prócz cukru i miodu podano do tego także jakieś pikantne sosy. Kosztowaliśmy, aż trochę się przejadłam, poszłam więc do ulicznej pijalni herbaty.
Herbatę w Maroku lubię, a w ogóle w tym kraju to temat na osobną opowieść. Parzy się ją z zielonych liści, z mieszanki typu Gunpowder, w specjalnym metalowym dzbanku. Dostaje się do niej kilka gałązek świeżej mięty, którą należy zgnieść i upchać w dzbanku, a także cukier – nie tyle w kostkach, co w podłużnych blokach, zdolnych osłodzić kilka herbat. Łamie się ten blok cukru i w odpowiadających nam ilościach wrzuca do imbryka. Można cały. Raz zdarzyło mi się widzieć, jak jeden z klientów herbaciarni poprosił o dokładkę i wpakował do dzbanuszka drugą cukrową cegłę. Dopuszczalny jest też dodatek cytryny.
Tak przygotowana herbata to jednak dopiero początek procesu, bo w zestawie są jeszcze dwie szklaneczki typu literatka, które służą do wielokrotnego przelewania, mieszania, smakowania czy chłodzenia przygotowywanego napoju. W droższych herbaciarniach procesem tym zajmuje się kelner, przelewając wielokrotnie napój między metalowym imbrykiem a szklaneczkami w sposób wręcz ekwilibrystyczny, lejąc herbatę z wysoka i żonglując naczyniami. Na koniec – tak, herbata jest smaczna, odświeżająca i znakomita na trawienie.
Na placu i w pałacu
W herbaciarni prócz mnie i rozchwianych stolików było kilku mężczyzn, którzy też pili herbatę i dyskutowali o meczu. Choć rozmowa była głównie po arabsku, udało mi się wziąć w niej udział. Klienci herbaciarni chcieli oczywiście wiedzieć, komu kibicuję, i jakie mają, moim zdaniem, szanse w kolejnych meczach (jak wiadomo, był to koniec mundialowej kariery Maroka, bo nie wygrali już ani jednego meczu).
Na ten z Francją szykowano się jednak poważnie. W Tarudant „wielkie oglądanie” na żywo miało się na szczęście odbyć poza murami miasta, na rozległym placu z fontannami, gdzie ustawiono dwa ogromne telebimy, wiele ławek i krzeseł, a także imponującą liczbę wozów policyjnych, strażackich i chyba jakiejś lokalnej straży miejskiej. Być może zjechały się siły porządkowe z całej prowincji. Po południu było jeszcze całkiem spokojnie. Na obrzeżach placu przycinano palmy, żeby nic nie spadło na rozentuzjazmowanych kibiców. Ładunek ciężkich gałęzi pakowano na wózek z bardzo małym osiołkiem, zupełnie niepasującym do ciężkozbrojnych wozów policyjnych z migającymi „kogutami”. Pewien dysonans stanowiły też mniej lub bardziej zakwefione kobiety, które przed przybyciem kibiców skwapliwie obsiadły ławki, by w czasie, gdy dzieci chlapały się w fontannach, z zapałem wymieniać plotki. Zauważyłam, że im bardziej zakwefione była te plotkarki, tym gwałtowniej i częściej gestykulowały – zapewne, by powetować sobie ekspresję twarzy.
Wróciłam w obręb różowych murów, by przy stoliku w zapoznanej już knajpce (tak, kibicuję Maroku!) zamówić sobie szybkie tajine z chlebkiem i herbatą. Potem poszłam do hotelu Salam, mieszczącego się w dawnym pałacu królów z dynastii Saadytów. Wpuszczają tam turystów do otoczonego murami ogrodu. Wśród drzew i kwitnących krzewów rosnących między ścianami, wśród wykładanych mozaikami fontann i ozdobnych donic, było cicho jak w sułtańskich ogrodach z „Tysiąca i jednej nocy”. Nikt tu nikomu nie kibicował.
# TEMI, Podróże, Maroko, Tarudant, Roudana, mundial, Mistrzostwa Świata, piłka nożna, kuskus, herbata, tajine, hotel Salam


![Rozpoczęły się Targi Pracy i Innowacji Tarnowskich – ITAR 2026 [ZDJĘCIA] Targi Pracy 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Targi-Pracy-2026-11-218x150.jpg)


![Prace przy „Szczucince” rozpoczęli od wycinki dzikiej zieleni [ZDJĘCIA] Stacja Dąbrowa Tarnowska 2026](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/04/Stacja-Dabrowa-Tarnowska-2026-5-218x150.jpg)


















