Tamatave, miasto znane też jako Toamasina, miało być dla mnie tylko krótkim przystankiem w drodze na wyspę Sainte Marie przy madagaskarskim wybrzeżu. Warunki podróżowania po Madagaskarze sprawiły jednak, że spędziłam prawie tydzień w tym nadmorskim mieście, gdzie najcieplej jest w styczniu, a najchłodniej (ok. 24 stopnie) w lipcu.
Nocny ekspres Cotisse
Z Tana (Antananarivo), stolicy Madagaskaru, do Tamatave, głównego portu wyspy, jest nieco ponad dwieście kilometrów. Moja podróż trwała jednak pół doby, i to pomimo, że kupiłam bilet w Cotisse, najdroższej i podobno najbardziej luksusowej (!) firmie transportowej w Tana. Nieważne jednak, jakim samochodem podróżuje się przez Madagaskar. Aby jechać, potrzebna jest… droga.
Drogi zaś istnieją na Madagaskarze głównie w sensie historycznym. W czasach, gdy wyspa była francuską kolonią, wybudowano sieć dróg i na większość wylano nawet asfalt. Ale było to dawno temu.
Przed wyprawą warto zaopatrzyć się w akcesoria turystyczne takie jak kompas, czy podróżny młynek do kawy.
Dróg od dziesięcioleci nikt nie remontował, a ludzie jeździli (i jeżdżą) tamtędy, bo przywykli, że to drogi. Dziś w zasadzie są to wielokilometrowe pasma wielkich dziur, kolein i resztek asfaltowych lub żwirowych łat. Od nieużytków na poboczu różnią się tym, że np. nie rosną na nich drzewa. Nie ma znaków ograniczenia prędkości, bo nie są potrzebne. Zdarzają się równiejsze odcinki, gdzie samochód może się rozpędzić do oszałamiającej prędkości 40 km/h, większość trasy pokonuje jednak w tempie rykszy rowerowej. Nieważne, czy wynajmiesz – jak radzą przewodniki – samochód z napędem na cztery koła. Drogi nikt dla ciebie nie wybuduje.
Nocny ekspres Cotisse nie był zresztą absolutnie luksusowy. Był to terenowy samochód, do którego wciśnięto fotele dla tuzina osób. Siedzieliśmy ciasno jak śledzie, odczuwając gromadnie wszystkie wyboje. Moje siedzenie było tuż przy drzwiach, które co jakiś czas same się otwierały. Przez całą noc musiałam uważać, by na jakimś wyboju nie wypaść na drogę. Kierowca prawdopodobnie nie zauważyłby. Głównie słuchał muzyki.
Uliczki znam w Toamasinie
Przed 6 rano stanęliśmy wreszcie na błotnistym placyku na obrzeżach Tamatave i kierowca przystąpił do ściągania bagaży z dachu (bagaże bowiem podróżowały tam właśnie, w wielkiej stercie, związanej sznurami i okrytej brezentem). Na błocie wokół nas zmaterializował się tłum tragarzy i kierowców tuk-tuków (ryksz motorowych), przepychających się i wykrzykujących mocno wygórowane ceny za swe usługi. Hotel w Tamatave zarezerwowałam przez Booking.com, szybko jednak przekonałam się, że na Madagaskarze ten portal też w zasadzie nie działa. Żaden z kierowców tuk-tuków nie był w stanie zlokalizować mojego hotelu po adresie podanym w sieci, a gdy wreszcie udało się dodzwonić do jego właścicielki, okazało się, że mieszka ona i pracuje w Tana, hotel w Tamatave zaś prowadzą jej dalecy krewni, niemówiący po angielsku. Gdy w porze późnego śniadania nareszcie tam dotarłam, okazało się też, że wbrew danym na Booking hotel ma jedną kiepską łazienkę na kilka pokoi i stoi nie w centrum, lecz w plątaninie wąskich zaułków miejscowego downtown. Za to łóżko w moim pokoju miało wspaniały baldachim z kłębów błękitnego tiulu, z mnóstwem koralików.
Zjadłam śniadanie w garkuchni na ulicy, gdzie dawali placki z gorącego ciasta i kawę nabieraną blaszanymi kubkami z wielkiego, parującego gara, stojącego na ziemi. Trzeba przyznać, że w zaułkach downtown jedzenie można było dostać wszędzie. Na schodki domów z pustaków, bambusa i falistej blachy wystawiano garnki z zupą, tace z zapiekanymi w cieście bananami i warzywami, krojonymi owocami i plackami. Na piaszczystej nawierzchni wąskich uliczek (większość Tamatave pobudowano na piasku) rozkładano płachty i kartony, gdzie sprzedawano martwe ryby i żywe kurczaki, używane ubrania i węgiel drzewny, starannie podzielony na niewielkie stosiki, liczące po kilka kawałków. Jeden stosik stanowił porcję, na której można ugotować obiad.
Dziewczyna z hotelu, by poprawić ogólne wrażenie, poczęstowała mnie kiełbaskami z mięsa zebu. Degustując je, patrzyłam jak dzieci bawią się w piasku na ulicy, trzy dziewczynki jedzą zupę z jednej miski, a dwóch mężczyzn buduje piętro nad klitką z cementu i blachy. Z czasem przekonałam się, że Tamatave, znane też jako Toamasina, ma znacznie większy wybór ulicznych scenek rodzajowych. Miasto liczy ponad 300 tys. mieszkańców, jest głównym portem Madagaskaru i drugim co do wielkości miastem wyspy (!). Sporo międzynarodowych firm ma tu magazyny w okolicach portu oraz swoje siedziby. Ale nawet w centrum miasta, w pobliżu salonów samochodowych i kościołów ze strzelistymi wieżami, nietrudno spotkać ludzi wypasających na ulicy kozy i owce (!). A tuż przy ruchliwej i szerokiej, jak na madagaskarskie warunki, drodze do portu na piaszczystych poboczach handluje się rybami i bananami oraz odbywają się walki chudych kogutów, dopingowanych przez rozgorączkowanych mężczyzn.
Która plaża lepsza?
Następnego dnia znalazłam sobie inny hotel nad samym morzem – o dziwo, tańszy od tego w downtown. Owszem, ani hotel, ani plaża nie były jak z folderu. Hotel był zapewne kiedyś reprezentacyjny – składał się z piętrowego budynku z balkonami, bungalowów w ogrodzie tuż przy plaży, sali bankietowej i basenu. Wszystko to najlepsze lata miało już jednak za sobą – bungalowy trochę się sypały, basen był pustą kafelkowaną niecką, a salę bankietową sprzątano i otwierano na wesela i zjazdy. Plaża natomiast była z jednej strony z widokiem na port, z drugiej – na ciągnące się wzdłuż wybrzeża osady biedoty. Były to skupiska bambusowych domków bez wody, kanalizacji i elektryczności – od drogi i od plaży dzieliły je hałdy śmieci, za które mieszkańcy chadzali załatwiać naturalne potrzeby. Tylko częściowo widok ten zasłaniały rzędy wyciągniętych na brzeg drewnianych łodzi, których rano używano do połowów.
Hotel stał przy kawałku wolnej do takich osiedli plaży, która dzięki zagrzebanym w piasku rybackim łodziom była dość malownicza, a morze ciepłe, nienadające się jednak do kąpieli ze względu na wysokie fale. Po drugiej stronie portu była publiczna plaża Tamatave, osłonięta portową keją, ze spokojniejszą wodą, ale – jak przekonałam się podczas krótkiej wycieczki w tamtą stronę – znacznie brudniejsza od tej przy moim hotelu. Jej główną atrakcją były portowe platformy ładownicze i jakieś półtora kilometra stłoczonych namiotów, gdzie były restauracje i garkuchnie (jedne niewiele się różniące od drugich).
Serwowano tam drinki w plastikowych kubkach i kawę w lekko obtłuczonych kubkach blaszanych. Ceny były wyższe, niż po drugiej stronie portu, i wszędzie roiło się od fotografów – z poważnie, choć dość starożytnie, wyglądającymi polaroidami – którzy za opłatą robili malgaskim turystom zdjęcia, jak piją drinki na tle morza.
Atrakcją mojego kawałka plaży były natomiast – oprócz rybaków w stylowych dłubankach – często pojawiające się nad morzem tęcze. Tamatave ma tropikalny klimat, ale w styczniu i lutym, kiedy jest najgoręcej, prawie codziennie spadają ulewne deszcze, po których pozostają tęcze. Innym popularnym widokiem na mojej plaży były stada krów zebu, przeganiane kilka razy dziennie brzegiem morza w kierunku portu. Jak wyjaśniono mi w hotelu, na Madagaskarze lodówki i chłodnie są rzadkością, toteż… mięso musi być transportowane w stanie żywym. Krowy zebu gnano czasem przez setki kilometrów i wiele dni, by sprzedać je w portowym mieście.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















