Podczas pobytu w Kolumbii chciałam zobaczyć llanos – trawiaste równiny u podnóża Kordyliery, gdzie gauchos (południowoamerykańska odmiana kowbojów) przeganiają stada bydła, gdzie wśród traw kopią wielkie mrówkojady, toczą się pancerniki i – może – przemykają duchy z literatury latynoamerykańskiej. Ruszyłam więc do Villavincencio, miasta nazywanego powszechnie w przewodnikach „Bramą Llanos.”
(Nie) Daleko od Bogoty
Dotrzeć nie było łatwo. Teoretycznie Villavincencio jest odlegle od Bogoty o niespełna trzy godziny jazdy, ale jest to jazda przez góry, drogą z mnogością tuneli. Wystarczy, że gdzieś na trasie zdarzy się wypadek, a policja zamyka odcinek drogi, którego nie ma jak objechać. Wypadki zdarzają się codziennie. Kolumbijczycy nie należą do ostrożnych kierowców.
Staliśmy ponad cztery godziny na zakręcie drogi przed wjazdem do tunelu. Góry wznosiły się wokół strome i mgliste. We mgle przed nami i za nami migotały światła samochodów stojących w gigantycznym korku. Z tej samej mgły wynurzyły się wózki sprzedawców kawy i arepy; sprzedawcy chyba też musieli stać gdzieś w korku, bo wokół nie było żadnych domów. Moja sąsiadka w autobusie, młoda dziewczyna, modliła się na głos i niezwykle żarliwie, by policjanci odblokowali drogę i żebyśmy JUŻ jechali. Miała, zdaje się, dotrzeć na imprezę do znajomych i obawiała się, że zabawa się skończy, zanim dojedziemy.
Dojechaliśmy grubo po zmierzchu. W moim hotelu mieszkało mnóstwo Bogotczyków, którzy przyjechali do Villavincencio na weekend. Wszyscy właśnie zaliczyli llanos tours, organizowane przez lokalne biura i agencje turystyczne, i byli bardzo zadowoleni. Wzięłam od nich kilka adresów i numerów telefonów. Sprawa wydawała się prosta.
Jak wkrótce ustaliłam, program powszechnie sprzedawanego llanos tour składał się z trzech części: z wizyty w Parque Los Ocarros, który był rodzajem zoo z okazami miejscowej fauny, potem w Parque Las Malokas, gdzie były areny dla kowbojskich pokazów i ekspozycje poświęcone tradycjom llanos oraz – na koniec – wizytę w miejscowej finca,(farmie), obejmującą degustację wina, jazdę konną (opcjonalnie) i – obowiązkowo – asado. To ostatnie było piknikiem z pieczeniem całego zwierzęcia na rożnie. Surowiec na asado – rozmaite zwierzęce tusze, od kur po krowy – można było w Villavincencio kupić wszędzie.
– A co z wyprawą na llanos? – pytałam. – Obserwacją zwierząt i ludzi, noclegiem pod gołym niebem, patrzeniem w gwiazdy?
Odpowiadały mi dyskretne uśmiechy i kręcenie głową. Nie, tego się raczej nie praktykuje. Dobry hotel, tak. Park kultury, tak. Asado, jak najbardziej. A co do gwiazd, to ostatnio pogoda jest raczej pochmurna.
Przy okazji dowiedziałam się, że na miejscowych gauchos w Kolumbii mówi się llaneros.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)



















