Chwila koncentracji i ciężka sztanga jest już na klatce piersiowej. Teraz napięcie mięśni i trzeba z nią wstać. I ostatnia faza – dynamiczny wyrzut do góry i żelastwo drga na wyprostowanych nad głową rękach. Udało się! A potem nastąpiło to, o czym marzą miliony sportowców na całym świecie, ale udaje się tylko nielicznym – najlepszym, najbardziej utalentowanym, najpracowitszym. Wśród tych wybrańców znalazł się Marek Gołąb – atleta pochodzący z Zakliczyna. Stanął na olimpijskim podium i odebrał medal. Działo się to w dalekim Meksyku, podczas Igrzysk Olimpijskich w 1968 roku.
Daleka droga do Meksyku
Przed nami sportowe wydarzenie roku 2021, a więc przełożone z roku ubiegłego Igrzyska Olimpijskie w Tokio. To dobra okazja, aby przypomnieć medalistę olimpijskiego sprzed lat, pochodzącego z naszego regionu.
Marek Gołąb urodził się w Zakliczynie w 1940 roku. Dorastał w trudnej powojennej PRL-owskiej rzeczywistości. I jak całe swoje pokolenie przeszedł twardą szkołę życia. Szkoła poza domem, szybkie usamodzielnienie się, praca w Bytomiu, gdzie był operatorem dźwigu w przedsiębiorstwie przemysłu węglowego. I ciągoty do sportu. Po latach wspominał, że jeszcze w szkole imał się wszystkiego: dobrze pchał kulą, rzucał oszczepem. Był bardzo silny i pewnie dlatego w końcu trafił na ciężarowy pomost, chociaż zaczynał od… pokątnego dźwigania odważnika.
– W szkole, w Technikum Mechanizacji Rolnictwa, miałem też do czynienia z podnoszeniem odważnika. Chowałem go w klasie, bo się za dnia wstydziłem ćwiczyć, i w nocy przechodziłem przez okno. Wcześniej pozbyłem się gwoździków i tylko szybę wyciągałem – wspominał po latach.
























