Jakby tego było mało już w pierwszym biegu kontuzji nabawił się jeden z potencjalnych liderów, Niels Kristian Iversen. W meczu nie mógł też wystąpić Przemysław Konieczny, którego obowiązywała kwarantanna. Kontuzje okazały się plagą tarnowian. Iversen tuż po wyleczeniu pierwszej w Rybniku zaliczył upadek, w efekcie w całym sezonie odjechał tylko 8 spotkań. Urazy wyeliminowały z kilku startów Ernesta Kozę. W rezultacie szybko „przeproszono się” z Mroczką a nawet z Nilssonem. W trakcie sezonu sięgnięto także po „bezrobotnych” Dawida Lamparta oraz Oskara Bobera, który też szybko nabawił się urazu. A ponieważ niezależnie od tego Unia jako drużyna spisywała się słabo, natychmiast stała się pewnym kandydatem do spadku. Dość powiedzieć, że pierwsze i jedyne punkty zdobyła dopiero w przedostatniej, trzynastej rundzie spotkań. W kilku meczach doszło do prawdziwego sportowego blamażu. Bo jak inaczej nazwać porażki na własnym torze z Wybrzeżem różnicą 20 punktów, Ostrovią – 24 punktów, czy Polonią Bydgoszcz aż 36 punktów. To była katastrofa.
Gdzie ta forma?
Kontuzje kontuzjami, ale uczciwie mówiąc, tarnowianie byli po prostu zatrważająco słabi i zawód sprawili niemal wszyscy zawodnicy. Rohan Tungate w niczym nie przypominał błyskotliwego zawodnika sprzed kilku miesięcy. Wystarczy sięgnąć do statystyk. W tym sezonie osiągnął dopiero 25. średnią w I lidze (1,849). To chyba rekordowy regres. O kłopotach Iversena napisałem wyżej, ale w meczach, w których startował, też spisywał się poniżej oczekiwań. W efekcie uzyskał dopiero 30. średnią w lidze. Mocno zawiedli pozostali obcokrajowcy. Woentin okazał się przereklamowany i polska I liga po prostu go przerosła, uzyskał średnią biegopunktową poniżej 1 punktu na bieg, gorzej nawet od miejscowych juniorów. Nilsson pokazał się w dwóch meczach, notując jednak słabe wyniki. Niewiele wnieśli do zespołu Dawid Lampart i Oskar Bober (średnie odpowiednio 1,286 w czterech meczach i 1,350 w pięciu). Ich może usprawiedliwić fakt, że zostali wzięci „z łapanki”, bez właściwie przepracowanego okresu przygotowawczego, więc nikt od nich cudów nie wymagał.






















