Wołek nie pytał, jak żyć, ale w stronę wypełnionej sali zawołał: – Panowie posłowie, wywalcie wreszcie tych, którzy twierdzą, że rządząc, zdali egzamin! Zacznijcie coś robić dla tego kraju! Wołanie zabrzmiało rozpaczliwie, ale pan Marcin twierdzi, że znalazł się w rozpaczliwej sytuacji. A przecież miało być tak pięknie…
Ma 37 lat, od początku związany był z branżą budowlaną. Założył firmę w Zbylitowskiej Górze, zatrudnił kilkunastu ludzi i spokojnie prosperował. Kiedy do Polski dotarły unijnie miliony na autostrady i drogi szybkiego ruchu, doszedł do wniosku, że zbliża się świetna okazja do zrobienia dobrego interesu. Wziął w leasing kilkanaście maszyn budowlanych, które miały zarobić na budowie dróg. Z prostych obliczeń wynikało, że powinno się zdecydowanie opłacić. Firma Marcina Wołka stała się podwykonawcą budowy autostrad pod Łodzią i pod Tarnowem. Na początku szło tak, jak było zaplanowane, aż nagle – z wielkim hukiem – wszystko się urwało.
– Budzę się teraz o trzeciej, czwartej rano i myślę, co będzie dalej ze mną, z firmą. Teraz i ja mógłbym zapytać: jak żyć? – skarży się Marcin Wołek.
W drodze na dno
Spotykamy się w wynajętym biurze przy bocznej uliczce w pobliżu tarnowskiej obwodnicy. Właściciel czeka na zlecenia, bo jeśli ich nie będzie, przepadnie z kretesem. I tak ledwie sobie radzi.
– Ostatnio pozostało mi już pięć maszyn i dwunastu zatrudnionych, teraz mam dwie maszyny i trzech ludzi, łącznie ze mną. Z firmy została resztówka.
Pod Łodzią głównego wykonawcę odcinka autostrady A2, na którym pracowała firma Wołka, przygniotło zadłużenie w wysokości 800 mln zł. Wykonawca – firma DSS – padł. Wcześniej nie dali rady tam Chińczycy. Pod Tarnowem Marcin Wołek w podobnych okolicznościach został „sierotą” po Poldimie, który także upadł i opuścił pole budowy. Przedsiębiorca przeżył w sumie upadki czterech głównych wykonawców. Podobne dramatyczne scenariusze rozegrały się jeszcze na innych odcinkach budów. Kilkuset podwykonawców zostało na lodzie, bez pieniędzy za wykonaną robotę. Zapłacić mieli naczelni wykonawcy, lecz sami znaleźli się na dnie i pociągnęli pozostałych. Około 880 współpracujących z nimi firm zaczęło domagać się łącznie 370 mln zł.
– Nawet ci, którzy dostarczyli materiał na drogę, nie mogą go sobie odebrać, gdyż byłaby to kradzież. To nic, że za materiał nie zapłacono, nikogo to nie obchodzi. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad płaci tylko za wykonaną usługę i za ten materiał, który już został użyty na budowie. Sporo materiałów, których nie zdążono wykorzystać, leży sobie teraz na hałdzie – opowiada Wołek.
Chory system
W rozmowie wiele razy podkreśla, że sytuacja, w której się znalazł on i jemu podobni, nie wynika ani z podejmowania niewłaściwych decyzji biznesowych, ani nawet ze strat, które na budowach ponieśli.
– Nasz dramat wynika z chorego systemu. Musimy na bieżąco odprowadzać wszelkie opłaty i podatki od pieniędzy, które mieliśmy otrzymać za wykonaną na budowach robotę, a których nie otrzymaliśmy. Prawo do tej pory jest takie, że już samo wystawienie faktury za pracę oznacza odprowadzenie podatku. Tylko z czego, jeśli nam nikt nie płąci?!
Pewnego dnia Urząd Skarbowy w Tarnowie przesłał Wołkowi pismo wzywające do natychmiastowej zapłaty 230 tys. zł.
– Poczułem się osaczony i bezradny. Wiedziałem, że znalazłem się pułapce finansowej i że ten dług będzie narastał każdego dnia. Poza tym musiałem mieć pieniądze na spłatę kredytu, który wcześniej wziąłem, i na raty leasingowe. Skąd mogłem przypuszczać, że biznes związany z budową autostrad skończy się w połowie ich budowy? W interes wchodziłem pewnie, gdyż były to przecież państwowe zlecenia, przez państwo gwarantowane.
Mydlenie oczu?
Zdaniem wielu obserwatorów, zasadniczą przyczyną tąpnięcia finansowego wykonawców polskich autostrad jest to, że głównym kryterium uwzględnianym podczas przetargów jest cena. Największe szanse mają najtańsi. Ale czy najtańsi są zawsze najlepsi?
– Niektóre firmy startujące w przetargach zaniżały koszty, a potem jeszcze zderzyły się z podwyżkami cen materiałów i paliwa. I popłynęły… Wiem z własnego doświadczenia, że na budowy trafiło wiele mało fachowych firm – mówi Marcin Wołek. – Znam taką, która wzięła się za budowę autostrady, mimo że wcześniej nie wykonała nawet 100 metrów zwykłego chodnika. Firma wygrała przetarg, ponieważ zaoferowała usługę tańszą o 40 mln zł. Kontrakt opiewał na około 680 mln, więc może warto było jednak dołożyć 40, żeby wybrać fachowców, a nie amatorów?
Wydaje się, że w tej sprawie nic się nie zmieni, ponieważ niedawno minister transportu powiedział, że cena i czas nadal będą decydować o wygranych w przetargach na budowę dróg. O jakości nie wspomniał…
Marcin Wołek walczy o przetrwanie i gorzko się śmieje, gdy słyszy lub czyta, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad informuje, że wzięła na siebie problem niezapłaconych podwykonawcom rachunków i że z państwowego budżetu te rachunki już reguluje.
– To jest mydlenie oczu, a ludzie w to wierzą. Fakty są takie, że do dzisiaj GDDKiA zapłaciła 30 proc. kwot wynikających z uznanych faktur, ja zaś otrzymałem 12 proc. zaległości. Ale urząd skarbowy i bank nie chcą czekać – rośnie dług, odsetki i koszty egzekucji. A firmy, które pertraktują z nami w ramach tzw. upadłości układowej, chcą robić wrażenie, że starają się umawiać, kiedy i jak zwrócą nam nasze należności, lecz nie ma terminu zasadniczych, decydujących rozmów.
Wołek utrzymuje obecnie trzyosobowe zatrudnienie, żeby mieć kim realizować zlecenia, jeśli nadejdą. Każda robota jest teraz dobra, musi być.
– Ostatnio sprzedałem trzy kolejne maszyny, by mieć na zapłacenie części podatku. Nie mogę cofnąć się bardziej, nie mogę zamknąć firmy, bo jeśli gdzieś nie zarobię, nie wyszarpnę trochę grosza, to całkiem utonę. W każdym innym kraju budowa dróg okazała się dla wszystkich znakomitym biznesem. U nas po tych niedokończonych autostradach płynie fala bankructw.
Brakuje sił…
Jan Maksimowicz do biura firmy przyszedł dziś z żoną Teresą. Jest operatorem maszyn budowlanych z dużym doświadczeniem, w latach 70. budował m.in. Hutę Katowice. Ma ciągle zatrudnienie u Wołka, mimo że ten od jakiegoś czasu zalega z płacami. Mimo to jest spokojny, nie zachodzi do biura, by się wykłócać, rozumie sytuację. Cierpliwie czeka.
– Wiemy, co się podziało. Pan Marcin zawsze był rzetelny w stosunku do swoich pracowników, płacił na czas, nie było żadnych problemów. A teraz ten uczciwy człowiek znalazł się w wielkich tarapatach nie ze swojej winy – mówi małżeństwo Maksimowiczów.
Wołek wylicza, że w okresie prosperity miał obroty rzędu 200 tys. miesięcznie i płacił państwu podatek 40‑50 tys. zł. – Obecnie państwo nie ma ode mnie nic, poza tym musi płacić zasiłki tym ludziom, których musiałem zwolnić. Takie właśnie interesy robi to nasze państwo…
Przedsiębiorca spod Tarnowa kilka razy jeździł na protesty, które odbywały się na drogach, wystąpił w czasie posiedzeń komisji sejmowych, był na spotkaniach w GDDKiA. Zaproszenie na konwencję PiS przyjął, bo chodziło przede wszystkim o to, by problem upadających podwykonawców był jak najbardziej słyszalny. – Jechaliśmy tam, gdzie nas chciano słuchać – oznajmia.
Opowiada, że wielu jego kolegom brakuje już sił, czasu, a niekiedy pieniędzy. Protesty kosztują, tymczasem część właścicieli firm, zwolniwszy wszystkich pracowników, zasiadła za kierownicą spychaczy, by u kogoś trochę zarobić.
Uczucie zaciskającej się pętli psychicznie dołowało Marcina Wołka. Wydawało mu się, że za chwilę pójdzie z torbami. Telefony z banków podrywały na równe nogi. Bardzo to przeżywał, dziś trochę się uodpornił.
– Trudno zachować spokój, ale gdy ktoś dzwoni w sprawie pieniędzy, odpowiadam, że oddam, gdy mi zostaną oddane…
Wie, że jakimś wyjściem, choć nie najlepszym, byłaby ucieczka za granicę. Nie mógłby jednak tego zrobić również z powodów osobistych. Pozostawiłby matkę i babcię w domu, który poszedł w bankowy zastaw. Poszedł, gdy Marcin Wołek brał kredyt na pięknie zapowiadającą się przyszłość.
P.S. Już po naszym spotkaniu Marcin Wołek wyjechał do Anglii. Powiedział mi, że musi zarobić na utrzymanie rodziny.
























