
Tarnów jako ośrodek przemysłowy zawsze kojarzony był przede wszystkim z przemysłem chemicznym, z produkcją nawozów azotowych. Mało kto wie, że w nie tak dalekiej przeszłości Tarnów był jednym z największych w kraju potentatów w produkcji… win patykiem pisanych. Czyli tanich podłych trunków, do których jednak niektórzy czują ciągły sentyment, raczej ze względu na wspomnienie młodości.
Rok w rok z dwóch wytwórni win w Tarnowie wyjeżdżały do odbiorców miliony litrów taniego owocowego wina. I te miliony bez problemu znajdowały konsumentów. O tego rodzaju trunkach przez dziesięciolecia krążyły legendy. Złe legendy. To opowieści o najgorszych z możliwych wyrobów alkoholi, które upodobało sobie głównie szemrane towarzystwo wystające w miejskich bramach, kojarzone z pospolitym pijaństwem.
W połowie lat siedemdziesiątych, gdy podobno naród był szczęśliwy z życia w kraju, który miał być 10. potęgą przemysłową świata, spożycie jabola, bełta, alpagi, siary – jak określano ten wyrób powszechnego użytku – wynosił średnio ponad 170 mln litrów. O ile PRL-owski handel wiecznie gnębiły okresy większych lub mniejszych niedoborów, to wino marki Wino zawsze musiało być dostępne. Wypijały je nie tylko uliczne męty, ale także ludzie z innych środowisk, niekoniecznie patologicznych; smak tego trunku dobrze pamiętają też starsze pokolenia studentów, którzy w wolnym czasie imprezowali w akademikach. O bełtach pisali w swoich utworach znani literaci, ale, jak się wydaje, nie tylko pisali.
To tylko fragment tekstu… |
![]() REKLAMA (2)
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów. Wykup nielimitowany dostęp BEZ REKLAM do wszystkich treści i wydań elektronicznych tygodnika TEMI już od 4 zł! Jesteś już subskrybentem? Zaloguj się |
























