Grozi im kara pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.
O sprawie tej pisaliśmy już w TEMI z dnia 7 września ub. roku w artykule „Korupcyjnej afery w tarnowskim ZUS‑ie ciąg dalszy”. Wtedy skontaktował się z nami przedsiębiorca z Tarnowa, który opowiedział, jak udzielał korzyści majątkowej urzędnikom oddziału ZUS za pomoc w wyłudzaniu nienależnych mu świadczeń. Wcześniej został on skazany za te wyłudzenia, lecz wtedy, podczas procesu, nie ujawnił wszystkich szczegółów. Postanowił to zrobić dopiero po pewnym czasie i zgłosił się do Prokuratury Rejonowej w Tarnowie. W oparciu o jego zeznania sporządzone zostały akty oskarżenia w stosunku do Grażyny R., byłej dyrektorki oddziału ZUS, i Janiny P., byłej naczelniczki w tym oddziale. Obu paniom zarzuca się przyjmowanie korzyści majątkowej. W pierwszym przypadku korzyść ta została wyceniona na kwotę 14 tys., w drugim na 750 zł. W Sądzie Rejonowym w Tarnowie rozpoczął się proces.
Podczas ostatniego posiedzenia sądu główny świadek był pytany przez sędzię Małgorzatę Stanisławczyk – Karpiel, dlaczego teraz zdecydował się mówić.
– Na samym początku, gdy miałem sprawę karną, jeden z adwokatów, do którego udałem się, radził mi, żebym nie ujawniał faktów związanych z łapówkami, gdyż pogorszę swoją sytuację i pójdę siedzieć do więzienia. Posłuchałem go. Już po zakończeniu procesu inny adwokat uświadomił mi, że mogę mówić o łapówkach bez obawy, że zostanę oskarżony. Przemyślałem więc wszystko i podjąłem decyzję, że pójdę z tym do prokuratora.
Najazd na sklep
Świadek w szczegółach opowiedział w sądzie o swoich niezwykłych relacjach z urzędnikami tarnowskiego oddziału ZUS, które miały charakter korupcyjny.Historia zaczyna się pewnego dnia sprzed kilku lat, gdy do jego firmy handlowej przyjechała grupka osób, głównie kobiet, zainteresowana zakupami. Wtedy ktoś podszedł do właściciela i poinformował, że są to pracownicy oddziału ZUS, na czele z ich dyrektorką.Po pewnym czasie właściciel firmy został zaproszony na kawę do siedziby ZUS przy ul. Kościuszki. Tam w czasie miłej pogawędki poruszono temat kłopotów, które miał przedsiębiorca. Był po wypadku, kończyły mu się świadczenia, nie wiedział, co robić dalej. Wówczas z ust jednej z urzędniczek miało paść pytanie: Dlaczego pan nie stara się o rentę?
– Dano mi do zrozumienia, że sprawa jest do załatwienia. Wówczas przyszła mi do głowy taka myśl, że skoro ktoś chce mi pomóc, dać tę rentę, to dlaczego miałbym nie skorzystać? – opowiadał świadek. – Problem był tylko taki, że minęły już 3 miesiące od terminu, w którym można się starać o świadczenie, ale okazało się, że nie będzie to przeszkodą. Przedstawiono mi urzędniczkę, która miała mi pomóc, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że będę musiał jakoś zrewanżować się za to wszystko.
Obraz do kuchni
Sposób „rewanżu” wydawał się łatwy w wyborze. Mężczyzna dysponował dużym sklepem, w którym miał atrakcyjny towar. Z jego zeznań wynika, że urzędnicy ZUS zorganizowali sobie coś na wzór „turystyki” handlowej. W porach, w których firma była nieczynna, przyjeżdżali w grupie i długo rozglądali się po sklepie. Wyszukiwali wyroby, których potrzebowali. Później przyjeżdżał po nie kierowca z ZUS‑u służbowym samochodem dostawczym, by towar rozwieźć po domach pracowników. „Centrum kierowania” znajdowało się w sekretariacie dyrekcji oddziału.– Jedna z pań skończyła budowę domu, druga była w trakcie budowy, więc potrzeby miały duże. W grę wchodziły zestawy mebli, pralki, lodówki, myjki ciśnieniowe, obrazy, bibeloty, trampoliny. Panie urzędniczki kupowały to za symboliczne kwoty. Bywało, że towar warty 2‑3 tysiące specjalnie wyceniałem na kilkaset zł. W zakupach uczestniczyła też sekretarka pani dyrektor, lecz ona jako jedyna z tego towarzystwa płaciła realną cenę. Nie przyjmowała prezentów.
Któregoś dnia jednej z pań spodobał się obraz tarnowskiego artysty malarza. Pasował jej do kuchni. Ale biznesmen nie miał go w swoim sklepie.
– Pani urzędniczka martwiła się, że te obrazy są drogie. Pytała mnie, co można z tym zrobić.
– I co pan zrobił? – dopytywała świadka sędzia.
– Pojechałem do samego malarza, odkupiłem obraz za 2,5 lub 3 tys. i odsprzedałem urzędniczce za 700 zł…
Proszę zabrać kulę
Podobnie było z kolejką elektryczną. Ponieważ taką zabawkę chciała mieć dla wnuka jedna z pań, właściciel firmy podarował jej kolejkę, którą wcześniej przywiózł z Niemiec lub Austrii dla swojego syna. Żeby dziecko nie żałowało zabawki, ojciec dał mu 50 złotych.
Ze strony ZUS‑u znajomy urzędników mógł liczyć na istotne względy. Doradzali mu, z jakich świadczeń mógłby korzystać i pomagali w ich załatwianiu. Kiedy szedł na wizytę
do lekarza orzecznika,
był spokojny. Lekarz o nic
nie pytał, jeśli nie liczyć pytania o dowód tożsamości,
w milczeniu wypełniał papiery i po niedługim czasie „chory” otrzymywał telefoniczną wiadomość, że sprawa jest załatwiona.
Zaprzyjaźnieni pracownicy przypominali tylko biznesmenowi, żeby idąc do lekarza zabierał – dla niepoznaki – chociaż jedną kulę. Nie powinien, ich zdaniem, wyglądać na całkiem zdrowego. Mężczyzna zastosował się do tego zalecenia.W siedzibie ZUS był przyjmowany z honorami. Strażnik i kierowca wiedzieli, o kogo chodzi, zawsze mógł przyjść do gabinetu dyrektorki bez żadnych kłopotów.– Czułem się tam bardzo ważny. Kiedyś poskarżyłem się, że przyjeżdżam pod ZUS swoim samochodem, ale nie mam gdzie zaparkować. Od tamtego czasu, gdy pojawiały się takie kłopoty, kierowca pani dyrektor udostępniał mi miejsce przeznaczone dla ich służbowego wozu.
Poczułem niesmak
Mimo dobrego traktowania była chwila, gdy przedsiębiorca żałował, że wszedł w ten układ.
– Panie brały najlepszy, najdroższy towar, do którego musiałem dopłacać. Już zaczynałem się wkurzać na wiadomość, że znowu wybierają się do mnie do sklepu. Byłem tym zniesmaczony. Pewnego dnia zrobiłem podliczenia, z którego wychodziło, że do zakupów dopłaciłem 30 tys., a ze świadczeń miałem tylko 12 tys. zł.
W późniejszym czasie układ stał się bardziej opłacalny, ale nieoczekiwanie został przez panie urzędniczki zerwany. To był czas, kiedy prokuratura zajęła się aferą w tarnowskim ZUS‑ie, w której oskarżonych zostało ponad 20 osób: pracownicy ZUS, lekarze orzecznicy, osoby wręczające łapówki i ich pośrednicy.
Chodziło o załatwianie nienależnych świadczeń. Wtedy też akt oskarżenia objął dzisiejszego głównego świadka w procesie przeciwko Grażynie R. i Janinie P.
– W tym czasie tamta strona całkowicie zerwała ze mną kontakty. Przestraszyłem się trochę, gdyż obawiałem się, że stracę już to, co zainwestowałem w ZUS, i nigdy tego nie odzyskam – opowiadał świadek. – Udało mi się tylko skontaktować z panią sekretarką, która mnie uspokoiła. Powiedziała, że wszystko będzie w porządku.
W czasie przypadkowego spotkania z byłą naczelniczką wydziału mężczyzna usłyszał: Było kiedyś tak fajnie, prawda? Ale się podziało…
W sądzie zeznawała także żona przedsiębiorcy, która potwierdziła, że również w jej przypadku, gdy była w ciąży, naczelniczka wydziału pomogła podwyższyć wysokość zasiłku. Były pracownik firmy, w której zaopatrywali się urzędnicy ZUS, oznajmił przed sądem, że rozpoznaje Grażynę R. jako klientkę sklepu, w którym był zatrudniony, i pamięta, jak dokonywała zakupów.
Płaciłyśmy według życzenia
Obrońcy oskarżonych kobiet, mec. Grzegorz Podlasiewicz i mec. Sebastian Strzesak, drążyli temat akcji rabatowych, które były organizowane we wspomnianym sklepie. Ich właściciel odpowiadał, że zniżki dla klientów wynoszą zwykle nie więcej niż 5‑10 proc., ale wyższe zdarzają się tylko raz w miesiącu i dopiero od dwóch lat, już po czasie, w którym panie z ZUS zaopatrywały się w towar.
Próbowaliśmy porozmawiać z adwokatem Grażyny R. i samą oskarżoną, chcąc, by odnieśli się do zeznań złożonych przez głównego świadka. Oboje odmówili; mec. Strzesak odpowiedział, że przed ogłoszeniem wyroku nie będzie komentował sprawy.
Tego dnia drugiej oskarżonej, Janiny P., nie było w sądzie.
Obie panie nie przyznają się do winy. Z zeznań złożonych w śledztwie wynika, że nie kwestionują faktu, że robiły zakupy u przedsiębiorcy, który był klientem ZUS‑u, ale przekonują, że płaciły tyle, ile on sobie zażyczył.
To nie wszyscy winni?
Świadek w rozmowie z nami twierdzi, że w sprawę zakupów i pomocy w wyłudzaniu dla niego świadczeń zamieszane są jeszcze inne osoby, do dzisiaj sprawujące ważne stanowiska w tarnowskim oddziale ZUS; podczas toczącego się śledztwa i zeznań w sądzie wymienił ich nazwiska. Jak się jednak dowiadujemy, prokurator nie zdecydował się na postawienie im zarzutów, gdyż nie dopatrzył się związku między dokonywanymi zakupami a wykonywanymi przez te osoby czynnościami służbowymi.
Grażyna R. stanowisko w ZUS‑ie straciła w 2012 roku. Prokurator oskarżał ją o pomoc w wyłudzeniu świadczenia za wypadek przy pracy, którego nie było. Sąd był zdania, że dyrektorka jedynie przekroczyła swoje uprawnienia, a jej czyn uległ już przedawnieniu. Grażyna R. obecnie prowadzi zajęcia ze studentami w jednej z wyższych uczelni w Tarnowie na kierunku: ubezpieczenia społeczne.
























