Kibic to potęga?

0
Kibice
REKLAMA

Casanova na trybunie
Na trybunach wokół tarnowskich boisk gwarno i tłoczno bywało już przed wojną. Oczywiście najwięcej kibiców gromadziły mecze najlepszej lokalnej piłkarskiej jedenastki, jaką była wówczas Tarnovia. Wątek jej sympatyków pojawił się w uroczej „Książeczce” Jana Bielatowicza, opisującej życie społeczne miasta w tamtym okresie. Oto co bystry obserwator, jakim był Bielatowicz, zauważył na trybunach stadionu przy dworcu kolejowym. „Trybunie przewodził doktor Tadeusz Rozwadowski, konus wysokości łokcia, niezrównany dowcipniś, bystry dziennikarz, a przy tym Casanova tarnowski, sędzia grodzki i zarazem piłkarski. Chociaż sędzia zawsze wszczynał kocią muzykę na trybunie przeciw orzeczeniom kolegów na boisku, jeśli nie szły po myśli sokołów (…) Inne ceregiele działy się z Niedzielskim, lewym łącznikiem o przezwisku „Koszula” lub „Fafuła”. Syn znanego w mieście mistrza krawieckiego chorował na płuca, ale miał niezwykły pociąg do piłki i strzał tak mocny, że wpychał bramkarza z piłką do siatki. Na mecze wyrywał się Fafuła spod opieki domowej, lecz natychmiast szedł za nim pościg w osobie pani Niedzielskiej wkraczającej bez ceremonii na boisko z parasolką i wołaniem: „Stefek do domu!”. Jednakże sędziowie liniowi byli z góry pouczeni, jak powstrzymywać zapędy troskliwej matki niezrównanego napastnika, tak że dostojna matrona w końcu sama oklaskiwała swoją chlubę‑ pisał Bielatowicz.
Ale nie zawsze było tak sielsko. Jeśli drogi Czytelniku sądzisz, że w tamtych romantycznych czasach tarnowskiego sportu nie dochodziło do jakże charakterystycznych dziś burd i pokazów stadionowego chamstwa, jesteś w błędzie. Oto przykład wydarzeń po meczu reprezentacji 16. Pułku Piechoty z żydowską drużyną Jutrzenki, zaczerpnięty ze wspomnień „Co zostało z tarnowskiego sportu”. „Po meczu, kiedy gracze obu drużyn przebierali się w szatni, przy wyjściu z boiska, na równi pochyłej w stronę dworca PKP ustawił się szpaler zaopatrzonych w tyki grochowe kibiców (…) Na szczęście żołnierze z 16‑ki, którzy również tłumnie przybyli na mecz, rozgonili towarzystwo i do żadnych zajść nie doszło. I nie był to raczej incydent jednorazowy, skoro lokalna prasa potrafiła ostrzegać potencjalnych kibiców przed udaniem się na imprezę sportową, strasząc ewentualną rozróbą.


Gauchito, czyli twardo w kole
Czasy powojenne przyniosły rozwój sportu, powstawały nowe drużyny, uprawiać zaczęto na poważnie nowe dyscypliny. Każda miała rzesze oddanych sympatyków. Królowała – jakże by inaczej – piłka nożna. W drugiej połowie lat 70. zawiązał się spontanicznie klub kibica drużyny piłkarskiej ZKS Unia, na czele którego stał przez pewien czas wówczas uczeń szkoły średniej, a potem znany prokurator Marek Sobol.
– Wtedy powstała moda na piłkarskie fan cluby, postanowiliśmy więc z kolegami, że założymy taki w Mościcach. Pamiętam, że napisałem list do kilku klubów z ekstraklasy, aby udostępniły nam regulaminy działania takich fan clubów. Dostałem odpowiedź od Legii Warszawa. I kibicowaliśmy, i w Tarnowie, i na wyjazdach.
Do niemal legendy urósł marsz kibiców Unii po pucharowym zwycięstwie „Jaskółek” nad ekstraklasowym ŁKS‑em w 1978 roku. Pojechali spod stadionu kilkoma kolejnymi „dziewiątkami” do centrum miasta i tam na plantach sformułowali pochód, który przeszedł ulicami Krakowską i Lwowską, wznosząc okrzyki triumfu. Wszystko pod czujnym okiem wyjątkowo wyrozumiałych służb mundurowych.
Cichym patronem klubu kibica piłkarzy Unii był wówczas znany nauczyciel profesor Kowal, który siadał zresztą często w „młynie”. Podobno najbardziej aktywnie dopingujący mogli liczyć na spore fory podczas odpytywania czy klasówki.
Swoich fanów mieli także piłkarze, a przede wszystkim piłkarki ręczne, przedstawiciele dyscypliny, która w latach 70. rozsławiła sportowy Tarnów nie tylko w kraju. Dziewczęta Pałacu Młodzieży jako pierwsza szkolna drużyna awansowały w 1973 roku do I ligi. Mecze rozgrywano na asfaltowym boisku przy Pałacu Młodzieży, a potem w hali przy ul. Gumniskiej i w hali I LO. Jak wyglądało to kibicowanie? Oddajmy głos ówczesnej prasie: „Jeśli chcecie obejrzeć w Tarnowie mecz piłki ręcznej pomiędzy tutejszym żeńskim zespołem MKS PM a jedną z drużyn pierwszoligowych, musicie kupić bilet co najmniej na półtorej godziny przed wyznaczonym terminem spotkania. Ale nawet wtedy nie będziecie mieć pewności, czy zobaczycie to, co się dzieje na boisku, czy tylko plecy stojących przed wami osób. Bo w sali gimnastycznej I Liceum Ogólnokształcącego, gdzie tarnowianki walczą o ligowe punkty, po prostu nie ma miejsca dla widowni. Ot, tak na siłę i wbrew przepisom zmieści się tutaj ok. trzystu kibiców ustawionych w ciasnym szeregu wokół boiska i około 50 na balkoniku. Co najmniej połowa tych szczęśliwców nie widzi jednak meczu. Jest bardzo ciasno. Ci z pierwszych szeregów z konieczności muszą naśladować Jana Ciszewskiego, >transmitując< przebieg akcji na boisku dla stojących z tyłu. Ale i tak wszyscy są zadowoleni.
Potem, po przejęciu drużyn seniorskich Pałacu do Unii, co nastąpiło w 1978 roku, drużyny rozgrywały spotkania w wygodniejszej hali OKU w Mościcach. Tam też bywało ciekawie. Renata Bart, była piłkarka ręczna wspomina pana zwanego przez zawodniczki „kapelusznikiem”, ponieważ pojawiał się na każdym meczu w charakterystycznym kapeluszu. Barwną postacią był także niejaki pan Gienio, pseudonim Gauchito. Stały bywalec hali, najczęściej na rauszu, miał swoje ulubione okrzyki, wywołując radość pozostałych kibiców. Chcąc wzmocnić ambicje tarnowianek w grze obronnej, krzyczał „Twardo w kole”, natomiast swoje niezadowolenie z decyzji arbitrów, krzywdzących jego zdaniem miejscowe (co zdarzało się w jego mniemaniu wręcz permanentnie), wołał dobrotliwie: „Tatuś, popraw się! ”. Czasem ochrona wyprowadzała go z hali, ale jakoś zawsze szybko wracał…
Tarnowscy kibice szczypiorniaka męskiego stali się „sławni” po awanturach, które wybuchły po meczu ligowym Unii z Piotrkovią. Protestując przeciwko „drukowaniu” spotkania przez sędziów na korzyść drużyny przyjezdnej, postanowili kopniakami wymierzyć im sprawiedliwość, ucierpiał też samochód, którym przyjechali do Tarnowa.
Dużo adrenaliny u kibiców, co zrozumiałe, biorąc pod uwagę charakter tego sportu, wywoływały mecze bokserów Metalu najpierw w hali przy ulicy Warsztatowej, a potem przy ulicy Gumniskiej. Bywało i tak, że po niepomyślnym przebiegu walki lub sędziowskiej decyzji na ringu lądowały różne przedmioty rzucane przez krewkich fanów – od pudełek zapałek i paczek papierosów począwszy, po… kanapki.

REKLAMA (3)

Tarnowsko‑rzeszowskie żużlowe „braterstwo broni”
Nie mniejsze emocje wywoływały oczywiście mecze żużlowców Unii. Speedway, który narodził się w Tarnowie na przełomie lat 1956‑57, szybko doczekał się elekcji na króla miejscowego sportu i zyskał grono licznych sympatyków nie tylko w mieście, ale także jego bliższych i dalszych okolicach. W czasach świetności dziennikarze odnotowywali obecność na trybunach nawet około 20 tysięcy widzów. Czarowi „czarnego sportu” oddawali się wszyscy, niektórzy związali się z tą dyscypliną sportu, pełniąc w niej różne role. Tomasz Proszowski – dziś znany żużlowy arbiter – zaczynał jako młodociany kibic, potem przez kilka lat był kierownikiem sekcji. Zbigniew Rozkrut swoją kibicowską pasję przelał na wieloletnią społeczną działalność w sekcji, w kraju stał się jednak znany przede wszystkim jako posiadacz największej kolekcji żużlowych pamiątek. Pewien tarnowski fan tak się rozochocił, że potrafił w latach 90. podróżować po całej niemal Europie, przemieszczając się z zawodów na zawody jak prawdziwy żużlowiec. Dla jasności: podróżował popularnym „maluchem”! Często wpadał do domu w nocy na kilka godzin wyłącznie po zapas wypranych koszul i bielizny. I znikał na kolejne kilka dni.
Nie jest prawdą, że stosunki pomiędzy kibicami „czarnego sportu” z Tarnowa i Rzeszowa były zawsze napięte. Oto na początku lat 90. doszło do wspólnej wyprawy na turniej Zlatej Prilby do czeskich Pardubic. Autokar do połowy wypełniony fanami Stali wyjechał z Rzeszowa, w Tarnowie wsiedli do niego kibice Unii. Były to czasy, gdy wydobyty z okowów reglamentacji handel detaliczny oferował coraz więcej alkoholi, więc w efekcie gdzieś koło Brzeska omówiono protokół rozbieżności, na wysokości Krakowa osiągnięto wstępne porozumienie, a jadąc przez Śląsk „układ o wzajemnej przyjaźni i braterstwie broni” był właściwie gotowy.
Kibicowanie niejedno ma więc imię, ale umówmy się… Czy bez kibiców ta cała zabawa w sport miałaby w ogóle jakikolwiek sens?

REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze