Długo zajmuje się Pan baloniarstwem?
Pierwszy lot wykonałem w 1995 roku, czyli siedemnaście lat temu.
A poznał już Pan odpowiedź na pytanie, skąd wzięło się znane powiedzenie „zrobić kogoś w balona? ”
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.
Może dlatego, że, mam takie wrażenie, generalnie baloniarstwo traktuje się u nas trochę z przymrużeniem oka, jako coś nie do końca poważnego, pozostającego w cieniu innych sportów lotniczych. Samoloty, szybowce – to co innego. Piloci cieszą się szacunkiem, są podziwiani. Tak było i tak jest. – Ale baloniarze?
Coś w tym jest. Samolot to popularny i szybki środek lokomocji, można nim przetransportować ludzi i towary. Balony nie mają praktycznego znaczenia w komunikacji poza tym, że są obiektami do podniebnych wycieczek.
Ale środowisko lotnicze traktuje was zupełnie poważnie, skoro właśnie za swoją działalność popularyzującą baloniarstwo na specjalnej uroczystości w Warszawie wręczono Panu cenne wyróżnienie – Lotniczego Orła. Przy okazji gratulacje!
Dziękuję. Lotnicze Orły to plebiscyt portalu Lotnicza Polska. Czytelnicy i entuzjaści latania oddają swoje głosy na zasłużone, ich zdaniem, osoby. A ja mam liczną rodzinę i kolegów, którzy też mają liczne rodziny, więc wygrałem (śmiech).A tak poważnie; to fajne wyróżnienie dające na pewno jakąś miarę popularności w środowisku. Naprawdę było mi sympatycznie znaleźć się w gronie asów lotnictwa sportowego oraz, na przykład, kapitana Wrony, który zasłynął bezpiecznym posadzenia pasażerskiego boeinga bez wysuniętego podwozia na płycie lotniska Okęcie. Uroczystość wręczenia statuetek była dla mnie sporym przeżyciem.
No i nie doszliśmy do końcowych wniosków na temat powiedzenia o robieniu w balona, na pewno lepiej nam pójdzie, kiedy porozmawiamy o tym, kto i za ile balony robi…
To bardzo drogi sprzęt. Cena balonu sportowego wynosi około 150‒200 tysięcy złotych. W ich produkcji na terenie Unii Europejskiej przodują Czesi, Niemcy i Anglicy.
A Polacy?
Niestety nie. Była u nas jedna firma w Lesznie, ale zakończyła produkcję bodaj w 2005 roku. Weszliśmy do Unii Europejskiej i zaczęły nas obowiązywać unijne, bardzo restrykcyjne normy bezpieczeństwa i normy techniczne. Balony sportowe muszą posiadać różne certyfikaty, ludzie, którzy je wytwarzają i konserwują, także, a to wszystko kosztuje duże pieniądze i ma wpływ na cenę. Dlatego małe firmy praktycznie nie mają tutaj szans.
Aby zostać pilotem samolotu czy szybowca trzeba przejść kursy, mieć stosowne uprawnienia. Jak to wygląda w przypadku sportu balonowego?
Podobnie. Pilot balonu musi mieć licencję. Zdobywa się ją podczas kursu obejmującego część teoretyczną i praktyczną, który kończy się egzaminem państwowym. Takie kursy są organizowane przez aerokluby lub prywatne firmy. Generalnie trwa to wszystko około roku i trzeba się przygotować na wydatek około 20 tysięcy złotych.
Ale załoga balonu to nie tylko licencjonowany pilot?
Załoga balonu składa się zazwyczaj z czterech osób. Są to pilot i nawigator, którzy wykonują, lot oraz kierowca samochodu i obserwator. Ich zadaniem jest „asekurowanie” lotu z ziemi. Pamiętajmy też, że sprzęt trzeba przetransportować, rozłożyć, potem złożyć, a waży on kilkaset kilogramów.
Kiedy dzwoniłem umówić się na naszą rozmowę, akurat wylądował Pan gdzieś na polanie i nie bardzo wiedział, gdzie jest. Wygląda na to, że człowiek lata, a balon pan Bóg nosi?
W baloniarstwie jest tak, że wiesz, gdzie wystartujesz, ale gdzie wylądujesz, gwarancji nie masz. Moim zdaniem piękno tego sportu polega między innymi na tym, że jesteś w pewnym stopniu na łasce żywiołu – powietrza – i różne sytuacje się zdarzają. Kiedyś wystartowałem z Warszawy, a wylądowałem na środku jakiegoś bagna na terenie parku krajobrazowego. Koledzy rozebrani do slipek musieli mnie z niego wyciągać, a komary i inne robactwo miało na nich prawdziwe używanie. Czasem lądując, spotykamy przypadkowych ludzi i z reguły stanowimy dla nich niemałą sensację. Chcą pomóc, posiedzieć w koszu, zrobić sobie zdjęcia. Traktują nas niczym gwiazdy filmowe. To bardzo sympatyczne.
Czasem faktycznie jest o was głośno niczym o celebrytach. Tak było, kiedy wpadł Pan na pomysł wykonania lotu w podziemiach Kopalni Soli w Wieliczce…
To miał być taki primaaprilisowy dowcip, ale okazał się całkiem poważnym przedsięwzięciem. Pomysł stał się faktycznie, jak to się mówi, wydarzeniem medialnym. Opowiem taką humorystyczną historię. Jak o naszych planach zrobiło się głośno, zgłosiła się do nas pewna PR-owska firma z propozycją, abyśmy przy tej okazji zareklamowali… prezerwatywy. Pewnie mielibyśmy szansę zarobić niezłe pieniądze, ale władze kopalni nie chciały słyszeć o żadnych prezerwatywach. Ja ich rozumiem – kaplica św. Kingi, a tutaj jakieś prezerwatywy…Dla nich miała być to forma promocji trasy turystycznej, a dla nas kolejna, sympatyczna przygoda.
Długo trwały przygotowania do tego nietypowego projektu?
Ponad dwa lata. Trzeba było uzyskać mnóstwo pozwoleń, wykonać rozmaite inżynierskie uzgodnienia, nad sprawą debatował nawet Urząd Górniczy. Trochę to zajęło…
I wreszcie przyszedł ten pamiętny dzień…
…i trzeba było dotaszczyć sprzęt 125 metrów pod powierzchnię ziemi do komory Staszic. Oczywiście pomagała nam kopalnia, a lot zabezpieczało około 60 górników i ratowników.
I jak wysoko czy raczej, biorąc pod uwagę, że było to pod ziemią, jak nisko udało się wam wznieść?
Wzniosłem się, licząc od podłoża, dwa metry i trzynaście centymetrów
Dwa lata przygotowań i starań, kilkudziesięciu ludzi zaangażowanych w projekt tylko po to, aby się wznieść dwa metry?
Ale przyjemnie jest teraz figurować w światowej edycji Księgi Rekordów Guinessa w towarzystwie takich nazwisk, jak Piccard czy Fossett, jako ten, który wykonał pierwszy podziemny lot balonem! Warto było…
Ostatnio wasze towarzystwo prowadzi historyczne rekonstrukcje pierwszych lotów dokonywanych przez braci Montgolfier z XVIII wieku. Wygląda to barwnie i atrakcyjnie…
To projekt Marka Roleskiego, który nazywa się Lotniczą Ekspedycją Historyczną. Wygląda to tak, jak modne obecnie rekonstrukcje historyczne. Nasz balon jest podobny gabarytami do tego braci Montgolfier, jesteśmy poprzebierani w kostiumy i mamy różne rekwizyty z tamtej epoki. Byliśmy już na pokazach w różnych miejscach w Europie i wszędzie budziły ciekawość, podobały się.
Porozmawiajmy teraz o wymiarze czysto sportowym baloniarstwa. Ostatnio Mościcki Klub Balonowy, który ma piękne międzywojenne tradycje, może poszczycić się sporymi sukcesami. Może Pan zaprezentować szerzej Wasz klub?
Został założony faktycznie przed wojną i organizował wtedy ciekawe zawody. Potem na pewien czas wskrzeszono jego działalność w latach 60., ale wtedy działał pod szyldem sekcji Zakładowego Klubu Sportowego „Unia”. My wróciliśmy do dawnych tradycji w latach 90.. W naszym klubie tym sportem zajmuje się około trzydziestu osób, mamy cztery zarejestrowane balony. Faktycznie sukcesów nie brakuje, dość powiedzieć, że aktualnie całą reprezentację Polski w kategorii juniorów tworzą zawodnicy naszego klubu.
Na zakończenie życzę sukcesów Panu i innym członkom klubu, realizacji kolejnych ciekawych pomysłów, dobrej zabawy i… Czego generalnie życzy się baloniarzom?
Dobrego dmuchania!
Pan Bóg balon nosi…
REKLAMA
REKLAMA
























