Podstawowym argumentem za tym, że podatek bankowy zapłacą banki, a nie klienci, była teza o mocnej konkurencji w systemie bankowym. Teza, moim zdaniem, nieco na wyrost. Przynajmniej biorąc pod uwagę realia ostatnich lat. Zresztą: nawet jeśli ktoś w nią wierzył, to wystarczyło popatrzeć na dane dotyczące roku 2014. Pomimo „konkurencji” koszty systemu, koszty dla klientów, wzrosły o około 15%. Kiedy stopy procentowe są niskie, a obecnie w Polsce są, to banki szukają innych możliwości zwiększenia zysków. Wystarczyło zatem po prostu przeanalizować dane.
Oczywiście w nowej ustawie, która, tak na marginesie, dotyczy także innych instytucji finansowych, jak na przykład firm ubezpieczeniowych, jest zakaz przenoszenia kosztów podatku na klientów. Ale, umówmy się, równie dobrze można w ustawie zapisać, że zawsze trzeba być etycznym i nie palić papierosów. To się nie będziemy zaciągać, a to niepalenie. Moim zdaniem nie będzie specjalnego problemu z obejściem tego zapisu. Zresztą najprostszym było to, co część banków już zrobiło, czyli podniesienie marż, opłat i prowizji przed wejściem w życie podatku.
Osobiście nie jestem przeciwnikiem podatku bankowego. Zawsze mówiłem tylko, że trzeba brać pod uwagę jego skutki. A skutki są takie, że będzie, już jest, drożej. Może w związku z tym warto było go wprowadzić, może nie, to już jest kwestia dyskusyjna. Faktem jest jednak, że podatek wszedł w fatalnym momencie. I to także ograniczało, i ogranicza możliwości wzięcia go na siebie przez banki.
Po pierwsze, w związku z upadłością Skoku Wołomin i SK Banku system bankowy, czyli banki, muszą wpłacić osiem miliardów złotych na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Nie znam jeszcze wyników banków za 2015 rok, ale to z pewnością grubo ponad połowa zysku całego sektora.
Po drugie, Komisja Nadzoru Finansowego wyraźnie zaostrza kryteria bezpieczeństwa w bankach. Mówiąc wprost: będzie trzeba mieć więcej kapitałów w stosunku do aktywów, czyli udzielanych kredytów i pożyczek. Więc albo tych kapitałów się dołoży, albo ograniczy się działalność. Jeśli to pierwsze, to z pewnością będzie nacisk na szybkie odrobienie dodatkowych inwestycji, czyli zwiększanie, a nie zmniejszanie przez branie na siebie podatku bankowego zysków. Jeśli to drugie, będzie to fatalne dla gospodarki. A więc tak źle i tak niedobrze.
Po trzecie, mamy problem frankowiczów. I potencjalnie kolejne miliardy, które banki będą musiały skądś wziąć. Grube miliardy, dodajmy. A zatem trzeba już dzisiaj tę ewentualność brać pod uwagę.
I na to nakłada się podatek bankowy…
Nie ma wątpliwości, że dla inwestorów działających w sektorze bankowym ostatnie kilkanaście lat było okresem miodem i mlekiem płynącym. Wartość banków w stosunku do momentu inwestycji wzrosła wyraźnie, a po drodze większość akcjonariuszy wyciągała z nich gigantyczne dywidendy, i pewnie jeszcze inne pieniądze, kombinując z rożnego rodzaju transferami wynikającymi na przykład z jakichś niejasnych kosztów. Ale nie zmienia to faktu, że teraz czasy się wyraźnie zmieniły, i niestety nie wierzę w to, że ktokolwiek, mając w pamięci fakt, ile w Polsce zarobił, będzie chciał teraz jakoś się odwdzięczyć. Stąd takie, a nie inne moje podejście do podatku bankowego.
Podatek bankowy wszedł w życie
REKLAMA
REKLAMA




















