Z badań wynika na przykład, że obywatele Danii są najbardziej szczęśliwymi ludźmi w Europie i fakt nieuczestniczenia w finałowych rozgrywkach najbardziej nawet popularnego sportu niczego w tej mierze nie zmienia. Nie zachłystywałem się tym, że we Francji wyszliśmy z grupy. Na tym etapie odpadało bowiem tylko 8 drużyn i wystarczyło raz wygrać i raz zremisować, by grać dalej.
Faktem jednak jest, że wygraliśmy dwa razy, a z ciągle aktualnym mistrzem świata zremisowaliśmy. I faktem też jest, że na tym etapie odpadły drużyny wyżej od nas notowane, czyli na przykład reprezentacje Rosji, Czech czy Ukrainy. Po rozszerzeniu liczby drużyn grających w finałach, wyjście z grupy oznaczało znalezienie się w 16 najlepszych reprezentacji, a przypomnę, że w takiej 16 byliśmy już 8 lat temu podczas finałów rozgrywanych w Austrii i Szwajcarii. Jednak nasze wejście do ćwierćfinału tych rozgrywek jest bezsprzecznym sukcesem drużyny Adama Nawałki. Jest też ewidentnym sukcesem Zbigniewa Bońka.
Przypomnijmy sobie, że Boniek został prezesem PZPN niecałe cztery lata temu, po polsko‑ukraińskich mistrzostwach. Obejmował władzę po Grzegorzu Lacie w sytuacji, gdy opinie o PZPN były najgorsze z możliwych, i w ciągu kilku lat potrafił nie tylko ten wizerunek zmienić, ale doprowadził do sytuacji sukcesu sportowego i – co wcale nie jest bez znaczenia – finansowego. Teraz dobrze by było, żeby sukcesy zaczęły odnosić kluby.
Reprezentacja jest pewną wizytówką, sztandarem, kluby mówią o prozie życia codziennego. Kluby to szkolenie młodzieży oraz codzienny biznes. Oczywiście nie wierzę, by w najbliższych latach w Polsce powstały przedsiębiorstwa na miarę Barcelony czy Manchesteru United, ale biznesy porównywalne z tym, który jest robiony w Anderlechcie Bruksela czy Ajaxie Amsterdam już są możliwe, tym bardziej, że mamy w naszym kraju już całkiem przyzwoite zaplecze w postaci stadionów i baz treningowych. Piłka nożna jest bowiem specyficznym biznesem. Można bowiem robić w Polsce doskonałe silniki do najlepszych samochodów, budować najwspanialsze jachty dalekomorskie, produkować smaczną i zdrową żywność, ale o tym mało kto wie. Gdyby polskie kluby stały się solidnymi firmami, to automatycznie zaczęłyby być doskonałą wizytówką naszej gospodarki.
Być może nie ma to większego sensu, ale trochę tak to działa. W kadrze Adama Nawałki trochę jak w soczewce skupiają się współczesne trendy całkowicie pozasportowe. Przez lata postrzegani byliśmy jako nieco szurnięci romantycy, którzy nie potrafią niczego porządnie przygotować, tylko od czasu do czasu rzucają się na coś z hałasem i krzykiem. W naszej tradycji nie była wcale wstydliwą opowieść o tym jak ułani szablami zaatakowali czołgi, bo pomijając fakt, że do takiej szarży nigdy nie doszło, to przecież mogło dojść – Polak ma fantazję i straceńczość wpisaną w geny. Nawałka ma wszystko policzone i zaplanowane. Obowiązki i odpowiedzialność są rozdzielone. Gdy z powodu mgły samolot ląduje na lotnisku oddalonym od bazy o 100 kilometrów nie ma szukania pieniędzy na taksówki, tylko jest ktoś, kto te pieniądze ma, bo taki wariant też był przewidziany. Takie to wydawałoby się niepolskie, prawda?
Gdy jednak spojrzymy na to jak działają polskie firmy odnoszące sukcesy w Europie i na świecie, to okaże się, że właśnie tak – precyzyjnie, systematycznie i konsekwentnie. Polska gospodarka, pogardliwie do niedawna nazywana przez Niemców „polnische wirtschaft”, na naszych oczach zmieniła się i to radykalnie. Podobnie jak kadrę Nawałki tworzą ją bowiem ludzie innej generacji.
Przez całe lata w naszym kraju w cenie była nie zdolność planowania, ale improwizacji, a dzisiaj to się najwyraźniej zmieniło. I piszę to niezależnie od tego czy polskiej drużynie uda się pokonać Portugalię, a potem może i następne przeszkody w drodze na szczyt.
Dookoła piłki
REKLAMA
REKLAMA




















